Świetniejąc łachmanami — tym żwawszy, im golszy —

Nie bez wróżb się uśmiecha do grabu i olszy, —

I widziano w dzień biały tego obłąkańca,

Jak wierzbę sponad rzeki porywał do tańca!

A tak zgubnie porywać, mimo drwin i zniewag, —

Zdoła tylko z otchłanią sprzysiężony śpiewak.

Żona jego, żegnając swój los znakiem krzyża,

Na palcach — pełna lęku do niego się zbliża.

Stoi... Nie śmie przeszkadzać... On słowa nawleka

Na sznur rytmu, a ona płochliwie narzeka: