— Nie — odpowiedział król stanowczo.

— Dziwi mnie — zauważyłem z goryczą — iż pod panowaniem tak dobrodusznego króla trwają w całej pełni tak okrutne zwyczaje.

— A jednak — odrzekł król z uśmiechem — moja dobroduszność, która ci tak do serca przypada, jest też tylko zwyczajem, któremu muszę się poddać tak samo ślepo, jak ty — pogrzebaniu żywcem twej osoby. Czy jestem dobroduszny z natury — nie wiem. Wiem tylko, iż odwieczny obyczaj mojej krainy przypisuje każdemu królowi dobroduszność. Korzystam z owej przypisywanej mi powszechnie dobroduszności tak skwapliwie, iż od dawna już pod tym względem zatraciłem wszelką miarę i wszelkie probierze. Czytam bajki, uśmiecham się, udaję człowieka roztargnionego, gadam częstokroć niedorzeczności i z każdym rokiem coraz pośpieszniej dziecinnieję. Tak każe obyczaj i jestem mu posłuszny. Spełniam w ten sposób obowiązek, zwany królowaniem, i nie tyle jestem znużony, ile oczarowany owym obowiązkiem. Toteż oburzeniem mnie napełnia niewdzięczny protest i bunt przeciwko łaskawie ofiarowanym ci przez nas obowiązkom. Pomyśl tylko, że twoja niechęć dla zwyczajowego pogrzebania żywcem twej osoby jest tym samym, czym byłby z mojej strony bunt przeciw własnemu tronowi i własnej osobie. Po raz pierwszy zdarza mi się słyszeć w mym państwie tego rodzaju utyskiwania. Przerwałeś mi na chwilę czytanie bajek i nieustanny postęp mej dobroduszności, zdążającej ze zdwojonym w ostatnich czasach pośpiechem do bezwzględnego zdziecinnienia. Pozostaw mnie wtedy w spokoju. Powracam do swej bajki, którą przerwałem w miejscu najciekawszym.

Król znów spojrzał na mnie z dobrodusznym, dziecinnym niemal uśmiechem i pogrążył się w czytaniu, ja zaś ze smutkiem i rozpaczą opuściłem pałac.

Wieczorem tego dnia odbył się pogrzeb Hassana i Korybilli. Orszak pogrzebowy przesunął się przez całe miasto aż ku zamiejskim wzgórzom. Hassan według zwyczaju na własnych barach dźwigał szklaną trumnę z martwą Korybillą. Za nim — na olbrzymim rydwanie — dwa czarne rumaki wiozły cały jego dobytek ruchomy: stoły, krzesła, meble, szafy oraz olbrzymi zbiór albumów z przeróżnymi znaczkami pocztowymi, gdyż Hassan był słynnym i zapalonym zbieraczem znaczków pocztowych i posiadał okazy najrzadsze, których się nigdzie nie spotyka. Na szczycie jednego ze wzgórz znajdowały się drzwi potajemne, które prowadziły do podziemi, przeznaczonych na ogólny grobowiec dla wszystkich poddanych króla Pawica. Otworzono te drzwi uroczyście i przez ich ciemny otwór spuszczono na sznurach do otchłani podziemnej biednego Hassana, martwą Korybillę, meble, stoły, szafy i zbiory znaczków najrzadszych, zaś na końcu siedem bochenków chleba i siedem dzbanów wody. Po czym — drzwi zamknięto.

Uroczystość była skończona.

Wróciłem do domu bardzo wzruszony. Kaskada starała się rozproszyć mój smutek — pieszczotą i śmiechem, ale nadaremnie. Po raz pierwszy widziałem człowieka żywcem grzebanego i po raz pierwszy zrozumiałem, że i mnie może spotkać los podobny.

Przez dni kilka Kaskada zaniechała swych dzikich zlotów ze skał w otchłanie. Nie opuszczała mnie ani na chwilę. Powziąłem więc nadzieję, iż małżonka moja pozbyła się swych chorobliwych nałogów. Pewnego wszakże dnia wymknęła się cichaczem z domu i nie wracała zbyt długo. Zaniepokojony — wybiegłem na miasto, aby jej szukać, lecz nie znalazłem nigdzie. Spotkany przypadkowo pastuch, który zza miasta wracał, powiedział mi, iż ją widział na szczytach skał, biegnącą kędyś, jakby w obłąkaniu.

W towarzystwie kilkunastu przyjaciół pobiegłem ku owym skałom. Zanim zdołaliśmy zbliżyć się zupełnie do skał podnóża, ujrzeliśmy już z dala Kaskadę na szczycie najwyższej skały. Jej długie — rozwichrzone warkocze powiewały, spływając po ramionach. Źrenice płonęły dziwnym, obłędnym ogniem.

Dobiegłem do podnóża skały, na której tkwiła, i zawołałem: