— Nazywam się Urgela.
Powtórzyłem kilkakroć jej imię, aby je zapamiętać, ona zaś, grając, prowadziła mnie dalej po korytarzach podziemnych. Struny pod dotykiem jej smukłych palców rozbłyskiwały tysiącem rozmaitych świateł. Posuwaliśmy się naprzód to w szkarłatnym, to w zielonym, to w błękitnym oświetleniu, aż wreszcie zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie ujrzałem skaliste wschody, prowadzące do otworu, przez który przenikało światło słoneczne. Pod wpływem promieni słonecznych postać Urgeli zbladła, a dźwięki jej lutni stały się stłumione i jakby dalekie. Wspiąłem się po wschodach ku górze. Urgela szła za mną. Po chwili wydostałem się przez otwór na powierzchnię ziemi i radośnie stanąłem w słońcu, gdyż było właśnie południe. Obejrzałem się za siebie. Urgela stała przede mną zaledwo widzialna, zaledwo zarysowana na błękitnym powietrzu. Dźwięki jej lutni były już tak dalekie, że nie mogłem ich dosłyszeć.
Wyciągnąłem ku niej dłonie, lecz Urgela znikła.
Znajdowałem się na pustynnym i niezamieszkałym brzegu wyspy, z dala od państwa króla Pawica. Ponieważ właśnie w pobliżu brzegu płynął okręt, zacząłem tedy okrzykami nawoływać go ku sobie. Okręt po chwili zbliżył się do brzegu. Wbiegłem natychmiast na pokład i z radością dowiedziałem się, iż okręt ów płynie do Balsory. Płynęliśmy przez trzydzieści dni i trzydzieści nocy i przez całe trzydzieści nocy śniła mi się Urgela i grała mi we śnie na swej złotej lutni. Kapitan i marynarze dziwili się i nie mogli zrozumieć, jakim sposobem okręt po nocach pełni się cudnymi dźwiękami niepochwytnych pieśni. Urgela grała z takim zapałem i tak głośno, że dźwięki z mego snu przedostawały się do świata poza mną i napełniały cały okręt, który kołysał się śpiewnie pod ich czarowną przemocą.
Po trzydziestu dniach i nocach okręt przybił do portu balsorskiego.
Niezwłocznie udałem się z Balsory do Bagdadu.
Przygoda piąta
Wonny, słoneczny poranek jaśniał w czystych niebiosach, gdy konno mknąłem po ulicach Bagdadu, zdążając pośpiesznie do mego pałacu. Zastanowił mnie niezwykły ruch i zgiełk, który wzmagał się i wzrastał w miarę, jak się zbliżałem do placu, który się znajdował w pobliżu mego gniazda rodzinnego. Wjechawszy na plac, doznałem zdumienia bez granic. Niezliczone tłumy rojnie66 i zgiełkliwie67 tłoczyły się wokół jakiegoś przedmiotu, którego dojrzeć nie mogłem. Słyszałem dziwne okrzyki i wywrzaski, które napełniały powietrze dzikim zamętem.
— Wariat, wariat! — krzyczeli jedni.
— Szaleniec, szaleniec! — wołali drudzy.