Obłąkane oczy wuja Tarabuka wytężały się w ślad za zbiegami. Dłonie jego wyciągnęły się teraz kolejno w kierunku wszystkich czterech ulic.

— Chwytajcie je! Chwytajcie! — zawołał z rozpaczą nieludzką. — To utwory moje! Moje utwory!

— Wariat! Wariat! — zawołano znowu w tłumie — Szaleniec! Obłąkaniec! O jakich on utworach gada?

— Utwory moje, utwory! — wrzeszczał wuj Tarabuk. — Było ich tysiąc i wszystkie uciekły! Uciekły i uniosły ze sobą wszystek skarb mego ducha! Znalazły sobie jakichś młokosów, urwipołciów, wisusów68 spod ciemnej gwiazdy i uciekły z nimi na wschód i zachód, północ i południe!

Rzuciłem znowu okiem na cztery z placu wychodzące ulice i ze smutkiem stwierdziłem, że resztki wiadomego „tysiąca” zmykały co tchu po wspomnianych ulicach, ginąc mi z oczu na zakrętach.

Wuj Tarabuk znieruchomiał, zesztywniał, stracił chwilowo czucie, rozum i wolę. Ująłem go pod ramię i skierowałem jego kroki ku pałacowi. Szedł posłusznie i bezwiednie, chociaż z widocznym trudem. Tłum gapiów towarzyszył nam aż do samego domu.

Gdym wszedł z wujem do pokoju, szepnął głosem doszczętnie złamanym:

— Ktokolwiek jesteś — zły duch czy przyjaciel — posadź mnie w fotelu, gdyż jestem bezwzględnie zmęczony, a nie mam siły woli, której nakaz potrafiłby doprowadzić mnie do postawy siedzącej.

Usadowiłem wuja w fotelu i stanąłem tuż obok.

— Wuju — rzekłem — opamiętaj się i uspokój. Czy nie poznajesz mnie? To ja, twój siostrzeniec, Sindbad!