Po chwili sąsiad mój otrzymał nową wiadomość, którą niezwłocznie podzielił się ze mną.
— Dziewcząt! — wrzasnął. — Tysiąc dziewcząt! Rozumiesz?
Słowa te zbudziły we mnie pewne uzasadnione obawy. Zadrżałem na myśl, że bohaterem nieznanego mi dokładnie wypadku jest wuj Tarabuk wraz z tysiącem swoich dziewcząt.
Ponieważ niecierpliwiły mnie dorywcze i zbyt luźne wieści, które dochodziły do przedstawicieli szarego końca i ponieważ wzmożony krzyk i zgiełk tłumu świadczył o jakimś opłakanym stanie wspomnianego bohatera, postanowiłem przeto przedrzeć się przemocą przez tłumy aż do samego miejsca wypadku, aby w danym razie przyjść z pomocą memu wujowi.
Spiąłem konia ostrogami i, piersią końską torując sobie drogę, dotarłem do środka placu. Nie omyliły mnie moje przeczucia! Na samym środku placu z czupryną rozwianą w cztery strony świata, z twarzą boleściwie pokurczoną i miejscami pobladłą, z dłońmi na kształt dwojga rozszalałych pomioteł wzniesionymi ku najdalszym przestworom niebieskim — stał, a raczej tkwił, a raczej sterczał męczeńsko wuj Tarabuk jak posąg boleści, a raczej — jako przesadnie wyolbrzymiały w swej męczarni postrach na wróble! Oczy utkwił przed siebie — w dal, w nieskończoność — w bezbrzeż! Usta rozwarł tak szeroko, że chwilami robiły wrażenie bramy zajezdnej, a czasem — przeciwnie — wrażenie jakiejś zgoła samotnej, zbytecznej i niewiarogodnych rozmiarów litery O, jak gdyby ta litera była główną, a nawet jedyną literą alfabetu! Z wnętrza owej litery, a raczej z rozwartych ust wuja Tarabuka, wyłaniały się dźwięki podobne do tych, które wydają głuchoniemi w chwili, gdy chcą podzielić się z kimkolwiek jakąś straszliwą, a wymagającą niezwykłego pośpiechu wiadomością. Zauważyłem na domiar, iż czerwonoskóry nos wuja Tarabuka podrygiwał konwulsyjnie, jakby przerażony wyrazem reszty oblicza, z którym go tak ścisłe łączyły węzły pokrewieństwa!
Zeskoczyłem z konia i chwyciłem nieszczęsnego wuja za jedną z wyciągniętych ku niebiosom dłoni.
— Co się stało? — krzyknąłem z mocą. — Mów prędzej, co się stało?
Te same co uprzednio dźwięki bezładnie i gromadnie wyrwały się z gardła nieszczęsnego wuja. Nabiegłe krwią gały jego oczu zwróciły się ku mnie, lecz nie poznały mojej osoby.
Rozejrzałem się dokoła, aby stwierdzić naocznie, jaki rodzaj klęski przytrafił się memu wujowi.
Na placu, który był miejscem tajemniczego wypadku, krzyżowały się cztery ulice, zdążające w cztery strony świata. W progu tych ulic ujrzałem kilka dziewcząt i poznałem w nich natychmiast — powiernice natchnień mego wuja. Obok każdej dziewczyny stał młodzieniec i rumak. W chwili, gdy to zobaczyłem, młodzieńcy dosiedli właśnie rumaków i, porwawszy w pół każdy swoją dziewczynę, zmykali co tchu w cztery strony świata: jedni — na północ, drudzy — na południe, inni — na wschód, a inni wreszcie — na zachód.