Pewnego razu, gdym spacerował za miastem, zjawił mi się we własnej swojej postaci. Zdziwiła mnie jego zuchwałość i bezczelność.
— Jak śmiesz na oczy mi się pokazywać? — zawołałem gniewnie. — Natręctwo twoje nie ma granic ani miary!
— Nie gniewaj się na mnie — odpowiedział Diabeł Morski — postanowiłem nigdy nie kusić cię do podróży, lecz do innych zgoła czynów.
— Do jakich? — spytałem, marszcząc brwi.
— Do błahych — odrzekł Diabeł spokojnie — mianowicie pragnę cię zniewolić do tego, abyś, po pierwsze — zabił we śnie Urgelę, po wtóre — zamordował na jawie wuja Tarabuka i po trzecie — śmiał się z tych dwóch czynów i we śnie, i na jawie.
Słowa te oburzyły mnie tak, że w pierwszej chwili osłupiałem z nadmiaru oburzenia. Potem wpadłem w taką wściekłość, jakiej z pewnością nikt pod słońcem nie doznał.
— Zabiję cię, potworze przeklęty! — wrzasnąłem, wyciągając i tężąc pięście. — Zabiję cię, zanim zdążysz raz jeszcze powtórzyć te słowa zbrodnicze!
Z zaciśniętymi pięściami rzuciłem się na Diabła. Lecz ten ostatni, udając przerażenie, zaczął co tchu przede mną uciekać. Wściekłość moja wzrastała coraz bardziej, gdyż potwór, uciekając, odwracał ku mnie swój łeb i powtarzał wciąż te wyrazy:
— Musisz zabić we śnie Urgelę, zamordować na jawie wuja Tarabuka i śmiać się z tych dwóch czynów i we śnie, i na jawie!
Ścigałem go niestrudzenie, lecz uchodził tak chyżo, że wymykał mi się z rąk w chwili, gdy byłem już pewien swego zwycięstwa. Wściekłość moja była tak wielka, że postanowiłem ścigać go dzień i dwa, i trzy, dopóty, dopóki nie pochwycę go i nie ukaram! Oślepłem w tej chwili na wszelkie inne uczucia prócz gniewu i zemsty. Nie widziałem wokół i przed sobą nic prócz Diabła Morskiego, którego chciałem, którego musiałem pochwycić. Któż mi uwierzy, gdy powiem, żeśmy biegli dwa dni i dwie noce bez ustanku! A jednak tak było! Dwa dni i dwie noce bez wytchnienia, bez spocznienia! Diabeł uciekał w stronę Balsory i na trzeci dzień goniłem go już po ulicach tego miasta. Nie zauważyłem jednak, że się znajdujemy w Balsorze. Oślepiony wściekłością, nie widziałem miasta, widziałem tylko Diabła, którego chciałem, którego musiałem pochwycić. Potwór tymczasem skierował swój bieg w stronę portu Balsorskiego. Biegłem za nim. Dotarliśmy w ten sposób do samego portu, gdzie stał okręt, który w tej chwili właśnie miał odbić od brzegu. Lecz nie widziałem okrętu, ani portu — widziałem tylko Diabła, którego musiałem pochwycić. Odwrócił właśnie ku mnie swój łeb i po raz ostatni zawołał: