Mówiąc to, klasnął w dłonie, tak jakby na lokaja, a chociaż nikt się na owo klaśnięcie nie zjawił — zwrócił ku drzwiom swą pulchną twarz z takim wyrazem, jakby właśnie we drzwiach stał przywołany lokaj.
— Mój drogi Kalebasie — rzekł do urojonego w drzwiach lokaja — nakryj co prędzej do stołu, bo mamy gościa, którego pragnę uraczyć doskonałym obiadem tym bardziej, że mu nic nie brak prócz jedzenia.
W pierwszej chwili wydało mi się, że dobroduszny z pozoru tłuścioch jest wariatem, lecz natychmiast przyszło mi do głowy, iż jest po prostu miłośnikiem figlów, i postanowiłem, gwoli pozyskania na przyszłość jego względów i gościnności, przytakiwać owym figlom i wraz z nim udawać, iż wierzę najzupełniej w rzeczywistość urojonych przedmiotów.
— Bardzo mi się podobał z twarzy ów Kalebas — rzekłem poważnie przypomina mi ogromnie pewnego starego i wytrawnego marynarza, którego spotkałem na okręcie podczas mej ostatniej podróży.
— Jest to stary i wierny sługa — odpowiedział zarówno poważnie tłuścioch. — Cenię go i lubię za pośpiech, z jakim spełnia każde zlecenie. Czy nie uważasz, jak szybko nakrywa do stołu?
— Podziwiam twą szybkość i usłużność, poczciwy Kalebasie — rzekłem, zwracając się do nieistniejącego lokaja i niezwłocznie, czyniąc w powietrzu dłonią taki ruch, jakim zazwyczaj wręcza się napiwki, dodałem głosem skromnym a uprzejmym: — Masz tu, mój drogi, tysiąc dukatów na rozgrzewkę. Jest to drobnostka, która ci się wszakże przyda.
— Nie psuj mi służby zbytnią hojnością — szepnął ukradkiem tłuścioch, pochylając się ku mnie i grożąc mi palcem na nosie.
— Stół już nakryty! — zawołałem, udając radość niezmierną. — Możemy teraz śmiało zażądać najwybredniejszych potraw! Nieprawdaż?
— Od czego zaczniemy? — spytał tłuścioch, mrużąc oczy i udając głęboką zadumę. — Myślę, że najlepiej byłoby zacząć od jakiejś niewinnej przekąski w rodzaju sardynek w oliwie, które, ubłożywszy77 z lekka podniebienie, nie odebrałyby apetytu do dań następnych.
— Zgoda! — rzekłem, udając wesołość i zadowolenie. Tłuścioch znów klasnął w dłonie.