— Nie krępuj się, człowieku niedobry, i weź jeszcze, choćby kilka.
— Już nie mogę, doprawdy nie mogę! — odmawiałem się z niezwykłym ugrzecznieniem.
— Wyrządzasz mi krzywdę i przykrość! — zawołał tłuścioch. — Weź choćby tę jedną, co leży na uboczu, najsuciej wykąpana w oliwie i najsrebrniej połyskująca spasionym brzuszkiem, w którym obecnie utkwił samotny a wielce nadobny goździk, jakby na znak, iż od owego właśnie miejsca warto tej rozkoszy napocząć.
— Wezmę tedy jeszcze tę jedną, pod warunkiem, że będzie ostatnia.
Podczas gdy jadłem wskazaną mi przez tłuściocha sardynkę, ten ostatni znów klasnął w dłonie i zwrócił głowę do drzwi.
— Kalebasie — zawołał — podaj nam co tchu dwie filiżanki rosołu z pasztecikami.
— Pasjami lubię rosół — zauważyłem.
— A więc pij, póki gorący, ale ostrożnie, abyś nie oparzył warg.
— Paszteciki — znakomite! — rzekłem, udając zachwyt.
— Nieprawdaż? — zawołał tłuścioch, chuchając i poruszając kolisto rozwartymi wargami, tak jakby smakowicie się borykał ze zbyt gorącym pasztecikiem. — Są to paszteciki mojego własnego pomysłu. W ich wonnym i parnym wnętrzu tkwi odrobina jarząbka, źdźbło kapłona, naparstek móżdżku i złotawa krztyna szpiku wołowego. Piękna to zaiste chwila, gdy owe z rozmaitej dziedziny mięsiwa i tłuszczyki wejdą pomiędzy sobą w milczące porozumienie, ażeby wspólnie utworzyć jednolity i niepodzielny smakołyk! Jarząbek zapożyczy smaku od kapłona, kapłon — od móżdżku, aż wreszcie wszystko troje przesiąknie na wskroś wnikliwym szpikiem, aby napęcznieć, wyprzejrzyścieć i przysposobić się do ostatecznego roztajania na szlachetnym podniebieniu pożądanego gościa!