Każde słowo tłuściocha aż do bólu podniecało mój głód i apetyt. Postanowiłem jednak aż do końca grać powziętą rolę w tej nadziei, iż tłuścioch zlituje się wreszcie nade mną i uraczy mnie choćby jedną rzeczywistą potrawą.
Tymczasem wszakże musiałem zjadać potrawy urojone, które nam podawał urojony Kalebas. Było tych potraw bez liku, tak że w końcu straciłem wszelką rachubę.
Przyszła wreszcie chwila, gdy tłuścioch kazał podać wino i desery.
Urojony Kalebas natychmiast spełnił jego zlecenie.
— Stół ugina się pod butlami wina — rzekł tłuścioch, wskazując pustą powierzchnię stołu. — Czy jesteś znawcą win?
— I owszem — odrzekłem.
— Pozwól więc, człowieku wybredny, że ci po brzegi wypełnię puchar tym oto wińskiem z wysp Papuzich, które to wyspy odznaczają się tym, iż nie ma na nich ani jednej papugi, lecz same co najprzedniejsze winogrona.
Udałem, że pochwyciłem w dłonie napełniony puchar i przywarłem go do ust.
— Widzę, że jednym tchem całą zawartość wychyliłeś ? Pozwól, że ci doleję.
— Nie chcę przebrać miary w piciu — odrzekłem z uśmiechem — bo, chociaż łeb mam mocny, wszakże wino może mi w głowie zaszumieć a wówczas — nie odpowiadam za własne postępki.