— Nie uchylaj się od picia, człowieku oględny! — zawołał tłuścioch. — Ile wina w głowie, tyle prawdy w słowie! Albo — jeśli wolisz: ile wina w brzuchu, tyle mocy w duchu. Pij i żłop, jeśliś chłop! Póki dech w tobie dycha, nie odsuwaj kielicha!

I znowu podał mi nieistniejący kielich napełniony winem, którego nie było.

Zacząłem wychylać kielich po kielichu, aż w końcu przybrałem wyraz taki, jakbym się upił. Wstałem z krzesła i chwiejnym krokiem słaniając się na strony, zbliżyłem się do tłuściocha. Głód i wściekłość wstrząsały moim ciałem. Postanowiłem ukarać dziwacznego a nielitościwego gospodarza.

— Nazwałbym cię osłem, gdybyś nie był podobny do wieprza — rzekłem, udając bełkot pijanego i trzepiąc go płazem dłoni po pulchnych podbródkach.

Tłuścioch pośpiesznie usunął się ode mnie.

— Widzę, że się spiłeś nie na żarty, człowieku nieobliczalny! — zawołał z udanym uśmiechem.

— Nalej mi jeszcze puchar wina! — wrzasnąłem, zataczając się po pijanemu.

— Dość już wina, dość! — zawołał tłuścioch. — Wypiłeś stanowczo za wiele.

— W takim razie sam sobie kielich winem napełnię! — odrzekłem tonem urażonym i zrobiłem dłonią nad stołem ruch taki, jakbym kielich napełniał. Po czym w ten sposób napełniony kielich wychyliłem do dna.

— Człowieku niepoprawny! — zawołał tłuścioch. — Toć miarkuję, że ledwo na nogach się trzymasz! Uprzedź mnie przynajmniej, jakich zazwyczaj wybryków imasz się po pijanemu?