Na przeciągły, melodyjny i echami nasycony dźwięk gongu zjawił się we drzwiach rzeczywisty Kalebas.
Tłuścioch szeptem dał mu odpowiednie zlecenia — i po chwili stół uginał się pod brzemieniem rzeczywistych, namacalnych, dotykalnych potraw. Podczas, gdy pożerałem potrawę, zda się, dwudziestą czwartą, weszła do pokoju cudowna Stella, córka tłuściocha. Była piękna bez zarzutu, lecz miała jedną wadę, mianowicie zbytnią otyłość, którą po ojcu odziedziczyła. Otyłość ta wszakże nie koślawiła jej urody, ponieważ ruchy miała niezwykle zręczne i zwinne, ruchy wiotkiej i smukłej dziewczyny. W jedzeniu lubowała się tak samo jak ojciec i posiadała podniebienie tak samo wytrawne.
— Jest to cudzoziemiec, któremu z powodu rozmaitych okoliczności przyobiecałem twoją rękę — rzekł tłuścioch, wskazując mnie swej córce. — Czy nie masz nic przeciwko temu?
— Nie mam nic przeciwko temu — odrzekła rumieniąc się i spuszczając oczy.
— Pragnę, aby ślub wasz odbył się jutro. Czy zgadza się to z twoją wolą?
— Niezupełnie... — zauważyła nieśmiało Stella. — Wolałabym, aby ślub nasz odbył się dziś jeszcze.
— Nie mam nic przeciwko temu — odpowiedział z kolei tłuścioch.
— Chciałabym jednak wiedzieć, jak się na mój pośpiech zapatruje ów miły ze wszech miar cudzoziemiec? — szepnęła Stella, zerkając na mnie.
— Nie mam nic przeciwko pośpiechowi — odparłem, pożerając gwałtownie potrawę, którą mi przed chwilą właśnie podał Kalebas.
Po zjedzonym obiedzie, nie zwlekając ani chwili, poślubiłem piękną, aczkolwiek zbyt otyłą Stellę i zamieszkałem w pałacu dobrodusznego tłuściocha.