Od tego czasu życie moje stało się nieprzerwaną męczarnią. Stella, chcąc mi wzbronić zamieszkałego przez Urgelę snu, po całych nocach nieustannie szarpała mnie za ramię, aby mi sen przerywać. Na chwilę nawet nie mogłem zmrużyć oka. Wychudłem, wynędzniałem, osłabłem i chodziłem po pokoju krokiem chwiejnym i obłędnym, nie mogąc zaznać upragnionego spoczynku.

— Ja spać nie mogę, więc i ty nie śpij! — mówiła Stella, której zbytnia otyłość zaczęła mnie razić od pewnego czasu.

— Stello błagam cię, pozwól mi się zdrzemnąć choćby na okamgnienie!

— Nie pozwolę!

— Dlaczego?

— Dlatego, że nie chcę, abyś widział we śnie Urgelę. Pragnę sama rządzić i opiekować się twym snem.

— Czyż opieka żony na tym polega, aby mężowi odbierać sen i przyprawiać go o męczarnie nieznośne?

Stella nie dała mi żadnej odpowiedzi.

Zapomniałem nadmienić, iż Urgela, której pewnego razu udało się na chwilę wkroczyć do mego snu, powiedziała mi wręcz, że nienawidzi Stelli i że pragnie zemścić się na niej za to, że mi sen przerywa. Wreszcie stało się to, czego się najbardziej obawiałem.

Stella z pewnej księgi czarodziejskiej dowiedziała się, jakich sposobów trzeba użyć w celu wywleczenia Urgeli z głębiny snów na jawę.