Słowa Diabła Morskiego napełniły mnie przerażeniem. Przenikliwy dreszcz strachu wstrząsnął mym ciałem, pogrążonym we śnie. Wydało mi się nagle, iż największym moim wrogiem jest — wuj Tarabuk, a najlepszym przyjacielem — Diabeł Morski. Ton jego głosu był tak łagodny, a treść każdego zdania tak przekonywająca, że byłem w końcu wzruszony jego życzliwością.
— Kochany i wielce czcigodny potworze — rzekłem do niego poufnie — będę posłuszny twym radom. Niech no tylko srebrny sen pierzchnie z mych powiek, a natychmiast wyruszę w podróż do krajów nieznanych.
— Nie wymagam posłuszeństwa — odrzekł skromnie Diabeł Morski — ale w każdym razie jestem ci za nie wdzięczny. Muszę cię tylko uprzedzić, abyś, uchodząc z pałacu, zachował wszelkie ostrożności, albowiem wuj Tarabuk wraz ze swym straszliwym Chińczykiem będą śledzili twe kroki. Na wszelki przypadek daruję ci tę oto szkatułkę zaklętą. W razie pogoni i w chwili największego ze strony Chińczyka niebezpieczeństwa, otwórz ją, a znajdziesz na dnie zbawienną radę. Strzeż się jednak otwierać szkatułkę przed czasem, gdyż ciekawość twoja będzie ukarana.
Wziąłem do rąk podaną mi przez Diabła szkatułkę i przycisnąłem ją mocno do piersi.
— Muszę cię pożegnać i opuścić gościnne wnętrze twego snu — mówił dalej Diabeł Morski — zbliża się bowiem godzina połowu drobnych ryb, a jestem zapalonym rybakiem. A więc — do widzenia!
I Diabeł, skłoniwszy się, wybiegł z mego snu z wielkim pośpiechem, jak się wybiega z pokoju przez drzwi lub z dziedzińca przez bramę. Sen mój zaczął z wolna i kolejno rozwiewać się, zanikać, aż wreszcie pierzchnął całkowicie. Jedna tylko szkatułka zaklęta nie rozwiała się i nie zanikła, lecz trwała nadal w mych dłoniach, gdy się ocknąłem. Patrzyłem na nią, jak na chwilowo zapóźnioną resztę snu, która nie zdążyła jeszcze lub zapomniała zniknąć, i zdawało mi się, że lada mgnienie rozwieje się w nic, przypomniawszy sobie swą przynależność do snu. Wszakże szkatułka trwała nadal w mych dłoniach, na jawie, zdradzając wszelkie cechy rzeczywistości. Pośpiesznie wdziałem na siebie ubranie, schowałem szkatułkę do kieszeni i udałem się do pokoju mego wuja. Wuj Tarabuk siedział w fotelu. Obok stał Chińczyk i przez lupę odczytywał na głos wujowi poemat pt. Zaloty, wydrukowany na prawym policzku. Wuj lubił w ten sposób spędzać czas, wolny od innych zajęć. Z natężoną uwagą, z niekłamanym zachwytem i z żarliwą ciekawością słuchał własnego poematu, który Chińczyk odczytywał pilnie, głosem dobitnym i uroczystym.
Pod wpływem rady Diabła Morskiego postanowiłem dziś jeszcze opuścić mój pałac i wyruszyć w podróż do krajów nieznanych. Bałem się jednak pogoni Chińczyka i wuja, i nie wiedziałem, czy mam uprzedzić wuja o moim wyjeździe, czy też wyjechać potajemnie i bez pożegnania. Po krótkim namyśle postanowiłem wyznać wujowi mój zamiar.
— Przepraszam — rzekłem — iż przerwę na chwilę czytanie. Chętnie bym wysłuchał do końca tak pięknego poematu, ale nie mam czasu, gdyż wyjeżdżam niezwłocznie.
— Dokąd? — spytał wuj, nieco zdziwiony.
— Sam jeszcze nie wiem, dokąd. Cel mej podróży jest, jak zawsze, niewiadomy. Jadę tam, dokąd mnie wicher poniesie i dokąd skieruje mnie wola niepokonanych czarów.