— Bardzo mi przykro, że zaledwo powróciwszy do domu, już odjeżdżasz, — rzekł wuj z przekąsem. — Wnoszę z tego, iż towarzystwo moje i mego przyjaciela Chińczyka nie jest ci dostatecznie miłą rozrywką.
— Przeciwnie! — zawołałem. — Chętnie bym w tak miłym towarzystwie spędził całe moje życie, ale gna mnie w świat po pierwsze — żądza podróży, a po wtóre ta okoliczność, że dotąd nie miałem sposobności wręczenia zaklętej królewnie owego cudownego wiersza, który wuj ongi napisał na cześć Piruzy. Uczyniłem w ten sposób krzywdę i wujowi i jednej z tych królewien, które w podróży spotkałem. Tym razem chcę ową podwójną krzywdę wynagrodzić.
— Cieszy mnie niezmiernie twoje chwalebne postanowienie — odpowiedział wuj z radością. — Daję ci moje błogosławieństwo na drogę. Rad jestem, iż tym razem przy wręczeniu mego wiersza możesz śmiało obwieścić pięknej królewnie, że poślubiając mnie, posiądzie w jednej osobie i męża, i książkę do czytania... Nie zwlekaj więc ani chwili, gdyż czas nagli. Z niecierpliwością będę wyczekiwał twego powrotu. A teraz — do widzenia!
— Do widzenia! — zawołałem radośnie i rzuciłem się wujowi na szyję, aby go ucałować w obydwa policzki.
— Ostrożnie, ostrożnie! — krzyknął wuj przerażony.
— Toć zapominasz, że mam na jednym policzku Zaloty, a na drugim — Cios dotkliwy. Każda litera tych utworów jest mi droższa nad życie! Nie ściskaj też zbytnio mej dłoni, bo mi bez potrzeby miętosisz elegię wieczorną pt. Do widzenia.
— Do widzenia! — zawołałem znowu, tym razem zwracając się do straszliwego Chińczyka.
— Do widzenia, młodzieńcze! — odpowiedział Chińczyk z dziwnym uśmiechem na twarzy. — Szanuję w tobie śmiałego podróżnika i poszukiwacza cudów, lecz przede wszystkim — jedynego spadkobiercę wielkiego poety, który obdarzył cię zaszczytnym prawem przedruku.
Na wspomnienie „prawa przedruku” dreszcz lęku i wstrętu przeniknął mnie od stóp do głów. Szybko wybiegłem z pokoju i tegoż jeszcze dnia wieczorem byłem już w Balsorze. Nad ranem wsiadłem na okręt i, gdy okręt odbił od brzegu, poczułem radosną ulgę na myśl, że się coraz bardziej oddalam od straszliwego Chińczyka.
Wprawdzie ani wuj Tarabuk, ani Chińczyk nie ścigali mnie wcale, gdy do Balsory przed nimi uchodziłem. Tłumaczyłem to sobie tym, że wuj Tarabuk zbyt się przejął moją obietnicą wręczenia zaklętej królewnie wiadomego wiersza.