Poszedłem wprost przed siebie. Przedzierałem się przez krzewy i gęstwy w tej nadziei, iż wkrótce zbliżę się do celu naszej podróży i pozbędę się przygodnego ciężaru. Nadzieja jednak zawiodła. Całą godzinę szedłem bez spoczynku, lecz nie ujrzałem przed sobą żadnego strumienia. Znudziła mnie ta nieco dziwaczna wycieczka, więc dla urozmaicenia drogi zagaiłem rozmowę z chwilowym mieszkańcem mego grzbietu.

— Co tu robisz na tej wyspie, miły staruszku? — spytałem uprzejmie.

— Robię właściwie to, co mi się podoba — odparł dość surowo.

— Piękna to odpowiedź, aczkolwiek niezupełnie określona.

— Dziękuj Bogu, że nie otrzymałeś gorszej — odpowiedział staruszek.

— Kto by tam Panu Bogu za takie błahostki dziękował — zauważyłem z lekka uszczypliwie. — Dziękuję mu raczej za to, iż tak nieuprzejmego rozmówcę mam za sobą, nie zaś przed sobą. Z takim jak ty niewdzięcznikiem wolę rozmawiać na niewidziane. Nie umiesz ocenić przysługi, którą ci wyświadczam. Ofiarowałem ci mój grzbiet, a ty w zamian za to nie chcesz nawet uprzyjemnić mi żmudnej drogi przyjazną rozmową.

— A któż by to za grzbiet płacił rozmową? Nie tylko nie jestem ci wdzięczny, ale nawet mam pewną urazę i nie mogę ukryć słusznego niezadowolenia.

— Niezadowolenia? — spytałem zdziwiony. — Czy dałem ci powód do jakichkolwiek niezadowoleń?

— Ma się rozumieć! — zawołał gniewnie staruszek. — Idziesz dotąd stępa, nie umiesz widocznie kłusować, a na domiar złego trzęsiesz tak, jak stara szkapa żołnierska, która na jedną nogę jest kulawa, drugą ma zwichniętą, trzecią — zwariowaną, a czwartej wcale nie posiada.

— Opis twój — odrzekłem — nie jest trafny choćby dla tej przyczyny, że mam tylko dwie nogi.