Błądziłem po lasach dzień cały, aż do wieczora.
Wieczorem przechodząc koło jednej gęstwiny, posłyszałem słabe jęki w pobliżu. Pobiegłem natychmiast w stronę głosu.
Radość moja nie miała granic, gdy pod jednym drzewem ujrzał człowieka, który leżał na miękkiej, bujnej trawie i jęczał. Był to wątły, chudy staruszek z koźlą bródką. Nogi miał cienkie jak badyle. Dłonie suche i drżące. Chociaż wieczór był ciepły, zdawał się dygotać od zimna.
— O-o-o! — jęczał żałośnie. — Nie mogę wstać, nie mogę wstać! Szedłem do strumienia, aby w nim pragnienie ugasić, i upadłem w pół drogi. Nie mam sił! Nogi mi odmówiły posłuszeństwa! Ręce mi odmówiły pomocy! Któż się nade mną zlituje? Już wieczór nadszedł, wkrótce noc zapadnie, a ja — niebogi — nie ugaszę mego pragnienia!
Żal mi się zrobiło staruszka.
— Chętnie ci pomogę — rzekłem — ale nie wiem, jak ci mam dopomóc? W czym ci ze strumienia wody przynieść?
— Nie mam żadnego naczynia, litościwy młodzieńcze — odpowiedział staruszek — wszakże, jeśli chcesz naprawdę mi dopomóc, dam ci radę, jak to masz uczynić. Nachyl się ku mnie i weź mnie na barana. Jestem lekki, jak piórko, więc ci nie zaciążę. Z łatwością mnie podźwigniesz i zaniesiesz do strumienia. Będę ci za to wdzięczny do grobu.
— I owszem — odrzekłem — dość jestem silny, abym podołał takiemu brzemieniu. Chętnie ci udzielę mego grzbietu.
Pochyliłem się ku staruszkowi, który natychmiast — ku mojemu zdziwieniu — ze zręcznością kota wskoczył mi na grzbiet. Zdawało mi się, że słaby i wątły staruszek nie utrzyma się na moim grzbiecie, lecz moje obawy były płonne. Staruszek krzepko i chwacko trwał na moich plecach. Miałem nawet wrażenie, że nieznacznie uderza mnie nogą w bok, jakby chciał do biegu przynaglić.
— Biegnij wprost przed siebie — zawołał — będę ci wskazywał drogę do strumienia.