— Na rany Boskie! — zawołał. — Za co tak wygórowane nieszczęście spada na mnie i mój okręt! Wrzućcie natychmiast list do morza, zaś temu podróżnikowi dajcie łódź, aby niezwłocznie odpłynął, kędy zechce, byleby opuścił nasz okręt.
Stary i wytrawny marynarz wrzucił list do morza. List, jak zazwyczaj, pokurczył się, zamienił się w pianę i zniknął. Po czym spuszczono łódź na morze i dano mi do rąk dwa wiosła.
Zszedłem do łodzi po drabinie i powiosłowałem przed siebie, nie wiedząc, dokąd mam płynąć.
Okręt wkrótce zniknął mi z oczu. Zostałem sam w łodzi, na pełnym morzu, z dala od wszelkich lądów.
Nie mając kompasu, nie mogłem zgadnąć, w jakim płynę kierunku. Płynąłem na chybił trafił w tej nadziei, iż natrafię w końcu na jakiś ląd stały. Płynąłem w ten sposób trzy dni i trzy noce, aż dnia czwartego ukazały się mym oczom brzegi nieznanej wyspy.
Widok tych brzegów napełnił mnie radością. Zacząłem wiosłować pośpieszniej i wkrótce łódź moja uderzyła o zielone brzegi wyspy. Wyskoczyłem na brzeg. Stopy moje, stęsknione do lądu, z rozkoszą dotykały stałego gruntu. Wyspa była pokryta bujną roślinnością. Tysiące barwnych ptaków napełniało powietrze swym śpiewem.
Pobiegłem wesoło w gęstwinę leśną w tej myśli, iż znajdę tam pod dostatkiem owoców, którymi zaspokoję głód i pragnienie.
I rzeczywiście znalazłem mnóstwo kokosów, bananów, drzew chlebowych oraz winogron.
Nasyciwszy głód owocami, postanowiłem zwiedzić wyspę, aby się przekonać, gdzie jestem.
Z początku zdawało mi się, że wyspa jest zgoła bezludna. Wniosek ten napełnił mnie rozpaczą. Czułbym się szczęśliwy, gdybym spotkał choć jedną istotę ludzką!