Wyjąłem kwiat, który płomienił się na swej łodydze.

— Zbliż się do króla! — rzekła znowu królewna.

— Zbudź go — zbudź go — zbudź go! — zawołały tłumy.

— Królewno! — zawołałem. — Pomyśl, co cię czeka? Przestaniesz istnieć i już cię nigdy nie będzie! Kocham cię i chcę cię poślubić! Wprowadzę cię do świata rzeczywistego, do rzeczywistych pałaców, do prawdziwych ogrodów, gdzie kwitną prawdziwe kwiaty i śpiewają prawdziwe ptaki!

— Oczy moje są ślepe na wszelką rzeczywistość, — odparła królewna nie zobaczę tych cudów, które mi obiecujesz. Czyż nie rozumiesz, co to za męka — płakać w chwili, gdy król Mirakles przez sen płacze, i wzdychać, gdy on wzdycha, i uśmiechać się, gdy on się na widok swych zmór uśmiecha! O, pozwól nam rozwiać się — i zniknąć — i przestać być snem tego króla!

— Zbudź go — zbudź go — zbudź go! — zaszeptały znowu tłumy.

W tej chwili właśnie król Mirakles przez sen zapłakał. Gromadny płacz wstrząsnął całym tłumem i zwiewnym ciałem królewny. Nigdy nie słyszałem takiego płaczu! Dopiero teraz pojąłem całą rozpacz i mękę tych istot dziwacznych. Postanowiłem raz na zawsze przerwać ten płacz i tę mękę. Zbliżyłem się wręcz do olbrzymiego króla i uderzyłem go w twarz — płomiennym kwiatem, który znikł w tej chwili z mej dłoni. Jednocześnie — królewna Chryzeida — i tłumy — i cały gród zaklęty — rozwiały się w nic i znikły z oblicza ziemi.

Król Mirakles poruszył się, przetarł oczy i powstał na nogi.

Był tak olbrzymi i wysoki, że nie zauważył nawet mojej obecności.

— Jakże długo spałem! — rzekł sam do siebie. — Śnił mi się jakiś sen błękitny, lecz gdzie się podział ów sen? Gdzie jest królewna Chryzeida? Gdzie są pałace błękitne? Wszystko znikło bez śladu!