— Wuju! — szepnąłem. — Uzbrój się w odwagę!
— Zbroję się! — szepnął wuj głosem złamanym.
— Naprzód! — zawołał kapitan.
Marynarze jednoczesnym krokiem posunęli się naprzód. Ja i Chińczyk też niezwłocznie wykonaliśmy rozkaz kapitana. Atoli wuj Tarabuk nie ruszył się z miejsca.
— Wuju! — szepnąłem znowu. — Na litość Boga — zrób krok naprzód.
— O, niedomyślny! — odrzekł wuj. — Nie rozumiesz komendy kapitana „Naprzód”? — Wszakże to tytuł poematu, który mam właśnie na plecach Toteż pojmuję komendę kapitana w ten sposób, iż powinienem do straszliwych olbrzymek odwrócić się plecami, ile że na nich właśnie świetnieje ów tytuł...
— Na miłość Boską, wuju! — szepnąłem, chwytając go za rękę. — Nie czyń tego! Zgubisz nas wszystkich i nadomiar złego zniesławisz swe imię, gdyż cię potępią, jako tchórza!
— Trudno! — odpowiedział wuj głosem bezsilnym. — Nie mogę dłużej wytrzymać wzroku tych potwornych kobiet! Widok jadowitych żmij i wężów, które wypełzają z ich oczu, odbiera mi spokój, odwagę i wszelki humor. Jestem pewien, że nie zniesławię swego imienia, gdyż jest ono zbyt znane i znakomite. Nawet kapitan obcego okrętu wykrzykuje tytuł mego poematu. Jest to niezbity dowód mojej poczytności.
— Naprzód! — zawołał znów kapitan.
Tym razem wuj Tarabuk nie wytrzymał i błyskawicznie odwrócił się tyłem do Purpurowca.