Zaledwo to uczynił, a jedna z olbrzymek tygrysim susem przeskoczyła z Purpurowca na pokład naszego okrętu i, spadłszy na kark wujowi, obaliła go na ziemię. W tej chwili reszta jej towarzyszek, skacząc w ślad za nią, przedostała się na nasz okręt.

W okamgnieniu niezwalczone olbrzymki skrępowały sznurami kapitana i całą załogę.

Znieruchomieni marynarze z wściekłością spoglądali na wuja Tarabuka.

— Tchórz! — wołali jedni.

— Potwór! — wrzeszczeli drudzy.

— Zdrajca! Diabeł! — krzyczeli inni.

Bardzo być może, iż na twarzy wuja Tarabuka zakwitł w tej chwili bolesny rumieniec wstydu, lecz nie można go było dojrzeć z powodu zbyt gęstego druku, który pokrywał tę twarz czarną zasłoną.

— Moja to wina i przyznaję się do niej — szepnął nieszczęsny wuj, spuszczając oczy. — Chętnie bym teraz stawił czoła tysiącom najstraszliwszych olbrzymek, ale niestety — chęć moja jest spóźniona, gdyż krępują mnie więzy, których zerwać nie mogę. Mam wszakże nadzieję, iż w inny sposób potrafię nas wszystkich wyratować.

To mówiąc, ściskał w dłoni jakiś papier, szczelnie zapisany. Poznałem ów papier. Był to — wiersz, który wuj Tarabuk niegdyś napisał na cześć Piruzy, a który tyle razy polecał mi wręczyć jakiejkolwiek spotkanej w drodze królewnie.

— Pani! — rzekł wuj Tarabuk, zwracając się nagle do olbrzymki, która stała tuż obok. — Pani! Domyślam się, że jesteś królową olbrzymek, bo górujesz nad nimi wzrostem. Pozwól tedy, królowo, iż ofiaruję ci wiersz, pisany na cześć kobiety, która potrafi ocenić wartość autora tego wiersza. Przeczytaj go, a jestem pewien, że wiersz ten oczaruje ciebie. Uwielbisz poetę, który go stworzył, i pozbawisz więzów jego i całą załogę!