— Jak śmiesz proponować tak niską cenę za mnie! Obrażasz moją osobę i jednocześnie składasz dowód, iż nie umiesz ocenić wartości ludzi. Jestem poetą! Straciłbym cześć dla siebie samego, gdybym się zgodził na tak nikczemną zapłatę!

— Wuju! — szepnąłem. — Na litość Boga, nie opieraj się i nie wszczynaj zbytecznej kłótni! Bądź rad, że kupują nas hurtem i że będziemy wspólnie dzielili swe losy. Byłoby stokroć gorzej, gdyby nas sprzedano rozmaitym czarnoksiężnikom i gdybyśmy musieli rozstać się i zatracić wszelką wieść o sobie.

Wuj Tarabuk dumnie podniósł głowę.

— Nie mogę się zgodzić na to, abym został tak tanim nabytkiem! — zawołał głosem uroczystym. — Wart jestem przynajmniej tysiąca dukatów.

— Nikt cię o zgodę nie pyta — odparła olbrzymka.

— I nikt nie da tysiąca dukatów za takiego smolucha — dorzucił warcząc czarnoksiężnik.

— Nie jestem smoluchem, lecz poetą! Przyjrzyj się mojej twarzy, a przekonasz się, iż świetnieją na niej ogłoszone drukiem poezje!

— Ani mi się śni przyglądać takiej twarzy! — odrzekł czarnoksiężnik. — Bądź zadowolony, że daję za ciebie jednego cekina, bo nie jesteś wart nawet grosza.

Czarnoksiężnik z pogardą odwrócił się od wuja Tarabuka i wypłacił olbrzymce należność za mnie, Chińczyka oraz upartego a nieszczęsnego właściciela zadrukowanej twarzy.

— Przeniosę was teraz do mego pałacu z pomocą zaklęcia — rzekł, zwracając się do nas. — W ciągu jednej minuty będziecie już na miejscu.