— O, przeklęty czarnoksiężniku! — jęknął wuj Tarabuk. — Niech kara Boża spadnie na ciebie!
— Jeżeli nie będziesz posłuszny mym rozkazom — odpowiedział nielitościwy Barbel — postaram się o nieczytelność i reszty twych utworów.
Słowa te wywarły na wuju Tarabuku wrażenie tak potężne, że natychmiast odmienił swe pierwotne postanowienie:
— Będę tańczył — szepnął głosem złamanym. — Będę tańczył aż do upadłego! Uczynię z siebie tę ofiarę dla ocalenia utworów, które zasługują na nieśmiertelność. Niestety — jestem jedynym wydaniem moich własnych dzieł, nie mogę tedy narażać siebie na tego rodzaju niebezpieczeństwo i na tego rodzaju straty nieodżałowane!
Ogień na trójnogu zakłębił się i zapłonął rzęsiściej. Z wnętrza jego wynikła głośniejsza muzyka, która napełniła dźwiękami całą komnatę. Na skinienie czarnoksiężnika zbliżyliśmy się do nieruchomych królewien: wuj Tarabuk — do zielonej, Chińczyk — do złotej, a ja — do błękitnej. Wówczas królewny poruszyły się jednocześnie jakimś niechętnym i dziwacznym ruchem. Po czym jednocześnie powstały ze swych otoman i pochyliły się ku naszym ramionom.
Ujęliśmy je wpół i rozpoczęliśmy taniec zaklęty.
Upojony melodyjnymi dźwiękami płonącego ognia zwiewnie wirowałem po komnacie wraz z moją królewną błękitną.
Chińczyk tańczył ze zwinnością wiewiórki i tak szybko, że złota królewna zdawała się migotać w jego objęciach.
Wuj Tarabuk potykał się wprawdzie co chwila o zieloną szatę swej damy, ale tańczył mimo to z wielką starannością i sumiennością.
— Pląsajcie, pląsajcie! — mówił Barbel. — Pląsajcie aż do upadłego, a ja tymczasem pójdę na rynek, aby nabyć innych niewolników, którzy by zastąpili was w razie, jeśli skonacie ze zmęczenia.