Wuj nie słuchał mej prośby. Dumnie podniósł głowę i rzekł:

— Nie zmusisz mnie nigdy, potworny Barbelu, do czynności, które nie mają nic wspólnego z moim powołaniem! Jestem nie tylko poetą, ale i księgą, która ujrzała światło dzienne po to, aby ją czytano nie zaś zmuszano do jakiegoś tam zaklętego tańca! Nie będę tańczył i kwita!

Barbel wpadł we wściekłość. Szczeknął kilka razy, wyjął z zanadrza olbrzymią rózgę łozinową, chwycił wuja za kark, obnażył mu plecy na których znajdował się właśnie poemat pt. Naprzód, i jął te plecy niemiłosiernie wspomnianą rózgą okładać.

Chciałem wraz z Chińczykiem wyrwać wuja z rąk okrutnego czarnoksiężnika, ale ten ostatni wyszeptał zaklęcie, które nas obydwu znieruchomiło w miejscu. Bezsilni i bezradni musieliśmy patrzeć na katusze biednego wuja Tarabuka.

Ukarawszy wuja, Barbel schował rózgę w zanadrze i zawołał:

— Powiedz mi teraz, czy będziesz tańczył czy nie?

Wuj, zamiast odpowiedzieć, podbiegł do Chińczyka i szepnął:

— Przyjacielu, spójrz przez lupę na moje nieszczęsne plecy i zobacz, czy podły czarnoksiężnik nie popsuł uderzeniami mego poematu?

Chińczyk spojrzał przez lupę na plecy wuja i jęknął boleściwie:

— Niestety! Poemat stał się nieczytelny! Litery znikły pod natłokiem sińców, pręg, skaz i szramów88! Jeden czyn brutalny zniweczył pracę długoletniego natchnienia!