— Muszę was uprzedzić — dodała królewna błękitna — że tajemnica życia czarnoksiężnika tai się na końcu wędki. Dość ów koniec złamać, aby Barbel istnieć przestał.
— Któż jednak potrafi dmuchnąć tak mocno, aby zgasić ogień zaklęty? — zawołała królewna złota. — Dotąd żaden z tancerzy nie potrafił tego uczynić!
— Zdmuchnijcie ogień zaklęty! — szepnęła królewna zielona.
— Zdmuchnijcie ogień zaklęty! — powtórzyła królewna złota.
Jęliśmy po kolei próbować sił swego oddechu. Wszakże ani ja, ani Chińczyk nie zdołaliśmy zdmuchnąć ognia zaklętego.
— Teraz na mnie kolej — zawołał wuj Tarabuk, który ze zmęczenia sapał jak miech kowalski.
Widziałem, jak czarne policzki wuja odęły się nagle, a pierś od nabranego tchu wezbrała, na kształt wzgórza. Właśnie skierował taniec w stronę trójnoga i zbliżył się do niego tak, że omal nie dosięgnął wargami zaklętego płomienia.
Wówczas wuj Tarabuk, sapiąc, dmuchnął tak potężnie, że ogień zgasł od razu. Dźwięki muzyki ustały. Zatrzymaliśmy się nagle w tańcu. Pałac w tej samej chwili zamienił się w dolinę kwiecistą. Królewna zielona wymknęła się z objęć wuja i przedzierzgnęła się w wierzbę płaczącą. Królewna błękitna oderwała się od mego ramienia i przeobraziła się w strumień tuż u stóp wierzby. Królewna złota wyślizgnęła się z uścisków Chińczyka i, zmieniona w złotą rybkę, wskoczyła radośnie do strumienia.
Znaleźliśmy się nagle w nieznanej dolinie, pełnej kwiatów i krzewów.
— Panowie! — zawołał Chińczyk. — Ukryjmy się w krzakach, bo mściwy czarnoksiężnik lada chwila nadejść może.