— Nie opuszczę domu rodzinnego i nie udam się w podróż, do której mnie zachęcasz, z dwóch powodów: — po pierwsze — nie ufam Diabłom Morskim, a po wtóre — nie wierzę w sny, a wiem doskonale, że i ty i twoje słowa są tylko snem, który mi się śni w tej oto chwili.
— Postąpisz tak, jak będziesz uważał za stosowne — odrzekł nieco urażonym głosem Diabeł Morski. — Co do mnie, uważam, iż mi nic innego nie pozostaje, jak usunąć się dyskretnie z twego snu, w który nie wierzysz, — jedyny to bowiem odwet, na jaki może się zdobyć każdy sen: przestać się śnić temu, kto w niego nie wierzy.
Mówiąc to, Diabeł Morski pierzchnął nagle z mego snu. Zbudziłem się niezwłocznie, pełen dziwnych, nieodpartych marzeń o płomiennej Serminie, której serce uderza tysiąc dwieście pięćdziesiąt trzy razy na minutę. Długo walczyłem z pokusą odjazdu w kraje nieznane, kiedy czeka na mnie tak czarowna królewna. Długo i nadaremnie powtarzałem w duchu, iż sen jest złudą, a cała opowieść Diabła Morskiego zmyśloną bajką. Nie mogłem się oprzeć słodkiej pokusie wiary w to, w co wierzyć chciało mi się na oślep. Pewnego dnia uwierzyłem wreszcie w istnienie płomiennej królewny i w jej niecierpliwe wyczekiwanie mego przyjazdu. Jednocześnie zapadło we mnie mocne postanowienie natychmiastowego udania się w podróż do krajów nieznanych. Wuj Tarabuk tym razem po osobliwym wyrazie mych oczu zgadnął43 zatajoną we mnie chęć podróży.
— Widzę, że znów chcesz na czas nieokreślony opuścić swego chorego wuja. Z oczu ci to patrzy! Nieprawdaż, Sindbadzie?
— Nie zapieram się mych zamiarów — odrzekłem, spuszczając nieco oczy.
— Nie zapierasz się? — szepnął wuj głosem przerażonym. — Dobrze robisz, że się nie zapierasz. W każdym razie stokroć jest lepiej niedopierać się, niż zapierać. Kiedyż odjeżdżasz?
— Natychmiast.
— A więc — do widzenia!
— Do widzenia!
Tegoż dnia byłem w Balsorze, a nazajutrz olbrzymi okręt unosił mnie po morzu do krajów nieznanych.