— To prawda, że nigdy bielizna aż tak nie wygląda — zauważyła rezolutnie kobiecina. — Toteż długo miarkowałam i nijak zmiarkować nie mogłam, którą część swej osoby przyodziewa jaśnie pan w te zbytki? Bo — ani się tym osłonić, ani się w to wystroić. Ale potem z mnóstwa onych plamek wymiarkowałam, że to pewnikiem jakieś śliniaczki, abo i co innego.
— Precz z moich oczu! — zawołał gniewnie wuj Tarabuk. — Nie chcę cię widzieć nigdy, rozumiesz? Nigdy!
Kobiecina wielce zasmucona opuściła pokój, a wuj Tarabuk przez dni kilka załamywał dłonie i płakał gorzkimi łzami. Pozbawiono go nagle wszystkich rymowanych utworów, które były płodem długiej i wytrwałej pracy. Rozpacz wuja była tak wielka, iż umysł jego, jak się sam wyraził, zsunął mu się nieco na bakier. Tu właśnie tkwiła przyczyna, dla której wuj Tarabuk mimo woli i bezwiednie, dzięki osobliwej chorobie — spowodowanej nieludzką rozpaczą — wyposażał każde zdanie w słowa zaczerpnięte z pracznictwa.
Chciałem go rozerwać opowiadaniem moich przygód, ale nadaremnie! Wuj Tarabuk nie mógł skupić uwagi na żadnym przedmiocie. Uwaga ta była zbłąkana w dziwacznym a parnym świecie mydlin, pralni i praczek. Ba! wuj Tarabuk doszedł do takich zawiłych przemian językowych, że zamiast słowa pracować używał stale wyrazu praczkować, który to wyraz ze względu na zbytnią wieloznaczność brzmi częstokroć tak, jakby zgoła nie miał żadnego znaczenia. Muszę jeszcze ubocznie dorzucić, iż zamiast mówić: osiadł na mieliźnie39, wuj mówił: osiadł na bieliźnie... Po krótkim tedy obcowaniu z wujem wywnioskowałem ciszkiem, iż staremu pomieszał się rozum i język, tym bardziej, że pewnego razu, przyglądając mi się z widocznymi oznakami źle tajonej obawy, szepnął płochliwie:
— Tak dziwnie i tak ukosem popatrujesz na mnie, jakbyś chciał oddać mnie do prania. Wyznaj mi szczerze, czy pielęgnujesz w duszy tego rodzaju myśl nieludzką?
— Uspokój się, drogi wuju! — zawołałem, z lekka rumieniąc się na twarzy. — Nigdy podobna myśl nie postała mi w głowie! Zanadto cię kocham, abym na chwilę nawet pragnął pozbyć się ciebie w sposób tak bezrozumny!
I rzeczywiście postanowiłem w duszy nie opuszczać wuja dopóty, dopóki nie pozbędzie się swych chorobliwych nałogów.
Byłbym z pewnością wykonał mój zamiar szlachetny, gdyby nie to, że Diabeł Morski nie śpi, jak w ogóle każdy diabeł. Czuwał on nade mną i wyczekiwał jeno chwili odpowiedniej, aby mnie znów pokusić do nowych przygód i niebezpieczeństw. Tym razem zjawił mi się we śnie i powiedział, że w dalekim a nieznanym kraju czeka na mnie niecierpliwie — niezwykle piękna i płomienna królewna, która mnie zna ze słychu40 i z opowiadań, gdyż sława moja, jako podróżnika, obiegła niemal cały świat i przenikła41 aż do najbardziej zaklętych krańców ziemi.
Uśmiechnąłem się we śnie z niedowierzaniem i zapytałem niby od niechcenia:
— Czy nie wiesz przynajmniej, jak na imię owej królewnie? — Jakżebym nie wiedział o tym — ja, który z fachu i urzędu winienem wszystko wiedzieć! — zawołał Diabeł Morski. — Królewna owa nazywa się Sermina. Zresztą możesz ją poznać nie tylko po imieniu, lecz i po niezwykle płomiennym wyrazie oczu. Nie znajdziesz na całym świecie drugiej tak płomiennej królewny! Serce jej uderza tysiąc dwieście pięćdziesiąt trzy razy na minutę. Tysiąc pierwszych uderzeń królewna przeznaczyła dla nieznanego młodzieńca, dwieście następnych — dla ulubionego kota, który nigdy swej pani nie opuszcza, pięćdziesiąt przedostatnich — dla każdego, ktokolwiek zachwyci się jej urodą, a trzy ostatnie uderzenia — dla swego męża, który jest słynnym czarnoksiężnikiem i już od lat wielu spełnia wszelkie zachcianki i kaprysy płomiennej królewny. Radzę ci, kochany Sindbadzie, ani chwili nie zwlekać i natychmiast po ocknieniu udać się w podróż do krajów nieznanych, gdzie na pewno spotkasz piękną Serminę, gdyż sam los skieruje bieg twego okrętu ku owym wybrzeżom, kędy42 Sermina wyczekuje niecierpliwie twego przyjazdu.