— Jestem najzupełniej zadowolony — odrzekłem, głaskając dłonią swe jedwabne ubranie. — Chciałbym teraz znaleźć się tam, gdzie przebywa płomienna Sermina. Nie wiem jednak, jak to uczynić? Po pierwsze nie znam miejsca jej pobytu, po wtóre zaś — nie mam ani ludzi, ani konia, ani żadnego w ogóle sposobu wydostania się z tej wyspy.

Zaledwom domówił tych słów, zjawił się przede mną rydwan ognisty, zaprzężony w cztery ogniste rumaki. Wsiadłem do rydwanu i po chwili rumaki ogniste uniosły mnie w powietrze. Słyszałem jedynie szum ognistych kół i parskanie ognistych rumaków, którym ze ślepi i z nozdrzy sypały się nieustanne skry. Zdawało mi się, że ogarnął mnie jakiś pożar zaklęty, w którym za chwilę spłonę na popiół. Nie spłonąłem wszakże. Przeciwnie — ogień, z którego utkany był rydwan oraz czwórka rumaków, — wywiewał z siebie łagodną a pełną różanej woni ochłodę.

Ogniste rumaki zatrzymały się nagle w jakimś pustym i samotnym ustroniu. Wyskoczyłem z rydwanu i, zaledwo stopą dotknąłem ziemi, wszystko nagle znikło sprzed mych oczu — i rydwan, i rumaki. Rozejrzałem się dokoła, ale nie zauważyłem nigdzie nawet śladów owego pałacu, którego się spodziewałem, byłem bowiem pewien, że rumaki ogniste staną wraz ze mną przed pałacem Serminy.

Nie wiedziałem, dokąd mam się teraz udać. Postanowiłem tedy czekać na dalsze wskazówki zaklęte.

Czekałem godzinę całą, ale nadaremnie.

Wtem posłyszałem głos, jakoby spod ziemi wybiegły.

Idź za mną, Sindbadzie! — To ja — płomienna Sermina. Mieszkam tu w podziemiach. Idź w ślad — za mym głosem, a zaprowadzę ciebie do wyjścia. Będę śpiewała piosenkę, abyś głos mój mógł słyszeć nieustannie.

— Śpiewaj — rzekłem — głos twój czaruje mnie i upaja. Pójdę chętnie za twym głosem.

W tej chwili rozległ się podziemny śpiew Serminy. Śpiewała dziwną a cudowną śpiewkę podziemną, której słowa zachowałem w pamięci:

W podziemiach śnię i marzę,