— Przysięgnijcie mi wedle zwyczaju!
— Przysięgamy, przysięgamy, przysięgamy! — krzyknęły znowu chórem dziewczęta, podnosząc wzwyż dłonie.
Wuj dumnie wskazał mi je ręką i rzekł:
Przyznaj, że wiedziałem, komu mam powierzyć moje utwory. Czym papier, czym pergamin wobec takich dziewcząt? Niczym! Tak — ani ich wiatr do morza nie zwieje, ani praczka z nich moich utworów nie wypierze.
I wuj skinął dłonią na znak, iż pozwala niewolnicom udać się na spoczynek. Jęły szeregiem wychodzić z komnaty. Były tam blondyny, brunety, szatynki, rude i płowe. Podczas, gdy wychodziły z komnaty, postrzegłem, iż twarze ich są nieco zmęczone, a nawet zgnębione. W oczach tkwiło coś w rodzaju smutku czy też nawet rozpaczy. Budziły jednocześnie litość i szacunek, pomijając wyżej wspomniane podejrzenia, których się pozbyć jakoś nie mogłem.
Gdy wyszły, wuj Tarabuk rzekł do mnie:
Jesteś zapewne znużony podróżą, nie chcę więc ciebie dzisiaj zmuszać do opowiadań, choć wiem, że ci się sporo dziwów w krajach dalekich napatoczyło. Odkładam naszą rozmowę do jutra w tej nadziei, iż jutro posłyszę od ciebie odpowiedź, którą ci dała Piruza po odczytaniu mego wiersza.
Nic na to nie odrzekłem wujowi, tylko, pożegnawszy go, udałem się na spoczynek.
Nazajutrz skoro świt wuj Tarabuk wsunął się cichaczem do mego pokoju, aby cierpliwie wyczekiwać mego ocknienia. Otworzyłem oczy i rzekłem:
— Już nie śpię, niech wuj siada w pobliżu, a opowiem mu wszystko, co mi się zdarzyło.