Żwawo wyskoczyliśmy na brzeg i zaczęliśmy się rozbierać. Porzuciłem swoje ubranie na piaszczystym brzegu wyspy i wskoczyłem do wody. Gdy odpłynąłem od brzegu, jeden z kąpiących się marynarzy zawołał nagle:
— Zdaje mi się, że mam katar i że przez to kąpiel może mi zaszkodzić.
Rzeczywiście miał katar, gdyż twarz jego, stercząca ponad powierzchnią wody, skurczyła się dziwacznie, brwi z pomocą niespodzianego podrygu wzniosły się wzwyż, nozdrza się rozdęły — i kichnął przed się w oddal morską. Po czym szybko popłynął do brzegu i, wyskoczywszy na ląd, podbiegł do swego na ziemi leżącego ubrania, aby je przywdziać co prędzej. Gdy się zaczął ubierać, zadrżałem z przerażenia! Niestety, stary marynarz wskutek krótkowidztwa pomylił się, niedopatrzył, czy też był zbytnio roztargniony — słowem zamiast swego starannie wdziewał moje ubranie.
Niezwłocznie wyskoczyłem na brzeg i zawołałem:
— Pomyłka, pomyłka, pomyłka!
— Co za pomyłka? — spytał stary marynarz.
— Zamiast swojego wdziewasz moje ubranie!
— Trudno! — odrzekł marynarz. — Jestem już zadowolony, że jakimkolwiek ubraniem osłoniłem moje przeziębione cielsko. Wdziej tymczasem moje ubranie, a oddam ci twe szaty wówczas, gdy powrócimy na okręt, gdyż nie chcę się znowu obnażać na wietrze.
Trudno mi opisać rozpacz, z jaką wdziewałem na się obszerne szaty starego marynarza! Serce kołatało mi w piersi coraz gwałtowniej z obawy, że stary marynarz sięgnie przypadkiem dłonią do mojej kieszeni i wyjmie z niej list diabelski.
Stało się tak, jak przeczuwałem.