Po chwili wrócił na pokład blady jak kreda.

— Źle z nami! — rzekł do załogi. — Nieprzeliczona zgraja Pił osaczyła nasz okręt i już go w kilku miejscach przedziurawiła. Przesłaniamy dziury, jak i czym możemy, ale walka jest bardzo trudna. O ile bowiem łatwo sobie z jedną Piłą poradzić, o tyle trudno z gromadą.

Rozumiałem najzupełniej trwogę kapitana. Piła52 jest to ryba potworna, obdarzona w miejscu przedłużenia pyska — zębatym i ostrym narzędziem w kształcie piły. Nie wiem, czy ryba owa posiada zbrodnicze skłonności, to tylko pewna, że innych narzędzi, prócz przyrodzonej piły nie posiada. Toteż — cokolwiek chce zmajstrować — ucieka się zawsze do tego jedynego narzędzia. Jakiegokolwiek czynu się podejmie — czyn ten zawsze zredukuje się do — piłowania. Wszystko jej jedno, co piłuje, byle piłowała. Cały jej żywot polega na nieustannym i nieuniknionym — piłowaniu. Trudno określić czy przychodzi na świat po to, ażeby piłować — czy też piłuje po to, ażeby w jakikolwiek sposób zaznaczyć swą obecność na świecie. Trudniej jeszcze określić, czy piłuje dlatego, iż naprawdę chce piłować, czy też dlatego, że nie posiada innego, prócz piły, narzędzia i że przeto każdy jej odruch jest mimowolnym piłowaniem. Byłaby z pewnością stworzeniem użytecznym, gdyby drwalom lub traczom przychodziła z pomocą. Zamiast wszakże uspołecznić się ku użytkowi i pożytkowi ludzkiemu, woli przebywać w dzikim i drapieżnym stanie. Napada częstokroć gromadnie okręty, a wówczas — niechybna zguba grozi każdemu okrętowi! Zgraja bowiem Pił z lubością, z zapałem i ze sporym znawstwem przepiłowuje najgrubsze dno okrętu. Doraźne zasklepienie i zalanie smołą przepiłowanych szczelin i otworów nie pomaga, gdyż niestrudzona i niczym niezrażona Piła przepiłowuje je na nowo ze zdwojoną szybkością. Najlepszym potwierdzeniem moich słów jest opisany poniżej wypadek z naszym okrętem.

Słowa kapitana przejęły nas trwogą i rozpaczą. Wszyscy jako jeden mąż, zbiegliśmy po schodach i drabinach na spód okrętu i pilnie zabraliśmy się do roboty. Dno było podziurawione w trzystu miejscach, a było nas właśnie trzystu — chłop w chłopa — wtedy każdy stanął na straży jednego otworu, aby go nieustannie zasklepiać. Na jedno okamgnienie udało się nam powstrzymać napływ wody do okrętu. Wszakże nieszczęście chciało, iż trafiliśmy na jakieś wyjątkowo przebiegłe i ostre Piły. Zamiast bowiem piłować zasklepione przez nas otwory, upatrzyły sobie świeże miejsca pomiędzy dawnymi otworami. Zanim zdołaliśmy zrozumieć, co się święci, przebiegłe Piły przepiłowały nowych trzysta otworów. Zapewne liczbą dorównywały nam bez reszty. Było nas trzystu dzielnych marynarzy — przeciwko trzystu przebiegłym Piłom. Przerzuciliśmy się do nowo powstałych otworów i zaczęliśmy je zasklepiać z niezwykłą pracowitością. Zanim jednak doprowadziliśmy robotę do połowy, przebiegłe Piły, korzystając z czasu, ze zdwojoną szybkością przebodły trzysta zasklepionych przez nas otworów. Wtedy na każdego z nas przypadły nagle — dwa otwory, co nam ogromnie utrudniło pracę. Lecz nie na tym koniec. Przebiegłe Piły, chcąc nam widocznie do reszty pracę utrudnić i wszelkie zbawienie uniemożliwić, przepiłowały nagle trzysta zgoła nowych otworów w zgoła nowych miejscach. Tedy — na każdego z nas wypadło już po trzy otwory do zasklepienia. Walka trwała nieustannie i doszło wreszcie do tego, że każdy z nas w swej pieczy i w swojej odpowiedzialności miał dziesięć olbrzymich otworów, sześć sporych szczelin i dwie nieznaczne, ale niebezpieczne szpary. Piły dopięły swego! Praca stała się niemożliwa! Zwątpiliśmy o ocaleniu! Woda strumieniami wrywała się do okrętu, szumiąc, pieniąc się i sycząc. Okręt szedł na dno. Czekała nas okrutna śmierć wśród Pił.

— Panowie załoga! — zawołał kapitan. — Wolałbym skonać pod siekierą zwykłego drwala, niż pod ostrzem tych Pił! Zanim zdążymy wodą się zachłysnąć i stracić przytomność, potwory te będą nas piłowały na dwoje i na troje, i nawet na czworo. Piłowanie konających — oto jest ich czynność i działalność podwodna! Dalej więc — porzućmy bezużyteczną pracę i wracajmy na pokład! A nuż uda się nam obmyślić inne środki zbawienia.

Usłuchaliśmy rady kapitana i w okamgnieniu przedostaliśmy się na pokład. Radość napełniła nasze serca, gdyśmy ujrzeli, że okręt podczas naszej na pokładzie nieobecności tak się zbliżył do wspomnianej wyżej wyspy nieznanego nazwiska, że z pomocą odpowiednich a nieludzkich skoków mogliśmy od biedy przerzucić się z pokładu na brzeg wyspy.

Stanęliśmy szeregiem na pokładzie i zaczęliśmy skakać kolejno. Pierwszy skoczył kapitan. Skoczył tak, że nieomylnie upadł na brzeg wyspy, z lekka tylko nadwieruszywszy prawej i pobieżnie nadwichnąwszy lewej nogi. Po nim zabrali się do skoków marynarze, którzy skakali jeszcze lepiej od kapitana, tak że nawet w skoku nie wypuszczali z gęby swych zapalonych fajek. Wreszcie przyszła kolej na mnie. Nigdy w życiu nie skakałem na taką odległość i w takich okolicznościach. Nie doskoczyć do wyspy i wpaść po drodze do morza znaczyło tyle, co być — przepiłowanym. Kilka razy już przysiadłem na pokładzie, aby tym sprężyściej i tym rozpędniej odbić się w powietrze, i tyleż razy prostowałem się bez skutku, bojąc się spudłować. Wreszcie przyszedł mi do głowy pomysł doskonały. Zerwałem jeden z wielkich żagli i, ująwszy go za końce, rozpostarłem nad głową. Wicher uderzył w żagiel i wydął go nade mną. Wówczas przysiadłem i, z całych sił odbiwszy się od pokładu, podskoczyłem, a raczej pofrunąłem, gdyż żagiel trzymał mnie w powietrzu i ułatwiał niezmiernie przelot z okrętu na wyspę. Gdym sfrunął na brzeg wyspy, kapitan wraz z całą załogą winszował mi mego pomysłu. Ogarnęła nas wszystkich radość niezmierna. Oszukane w ten sposób Piły ze złością miotały się w morzu, ukazując od czasu do czasu swe ostre, zębate narzędzia.

Wyruszyliśmy niezwłocznie w głąb wyspy, aby zbadać, gdzie jesteśmy, i poszukać pożywienia.

Pożywienia nie znaleźliśmy, ale za to trafiliśmy na jakąś dziwną, niezwykłą osadę, złożoną z lepianek pokrytych mchem i liszajami. Większy jeszcze podziw zbudziła w nas osobliwa ludność tej osady. Były to karły53, podobne do małych psiaków. Skóra ich była czarna jak heban, a oczy purpurowe i błyskotliwe jak żużle. Pod szerokim nosem z ruchliwymi nozdrzami, szerzyła się olbrzymia paszcza, uzbrojona w wielkie, białe kły. Zobaczywszy nas z dala, zaczęły rękami dawać znaki uprzejme, zapraszając w gościnę.

— Kapitanie — rzekłem — nie dowierzam jakoś tym ludziom i ich gościnności. Podobni są raczej do diabłów niż do ludzi.