— Wyznaj nam prawdę, jakie węzły pokrewieństwa łączą cię z Diabłem Morskim?
— Nie jestem wcale jego krewnym — odrzekłem — ściga mnie on już od lat kilku, nie dając spokoju i przysparzając nieszczęść nieuniknionych. Opowiem ci, kapitanie, wszystkie jego dokoła mojej osoby zabiegi, wszystkie pokusy, którymi mnie dotyka, wszystkie starania, jakich przykłada, aby mnie pogrążyć w nieustannym zgnębieniu. Wysłuchaj cierpliwie mojej opowieści, a przekonasz się, że jestem niewinny i że nie mam nic wspólnego z tym morskim potworem.
Opowiedziałem kapitanowi o Diable Morskim wszystko, co miałem do opowiedzenia. Opowieść moja wzbudziła w nim wielkie współczucie:
— Biedny Sindbadzie, bo tak się wszak nazywasz, rozumiem doskonale twoją rozpacz z powodu tak nieustannych prześladowań i napaści Diabła Morskiego, rozumiem tym bardziej, że sam w czasach mej młodości byłem jego ofiarą i doznałem od niego przeróżnych krzywd i zniewag. W pierwszej chwili, gdy stary marynarz oznajmił przynależność do ciebie listu diabelskiego, powziąłem zamiar utopienia cię w morzu, lecz teraz po pilnym i uważnym wysłuchaniu twojej opowieści, przychodzę do przekonania, że jesteś tak samo nieszczęśliwy, jak ja niegdyś byłem. Możesz więc śmiało pozostać na naszym okręcie, proszę cię tylko o jedno, a mianowicie, abyś od czasu do czasu opowiadał mi Diable Morskim wszystko, co masz do opowiedzenia.
— Przyrzekam ci, kapitanie, i dotrzymam słowa! — odparłem z ukłonem.
I rzeczywiście, stosując się zbyt może pilnie do swego przyrzeczenia, co rano i co wieczór opowiadałem kapitanowi wszystkie moje z Diabłem Morskim zajścia, tak iż po pewnym czasie kapitan, dziwnym obrzucając mnie spojrzeniem, rzekł surowo:
— Biedny Sindbadzie, bo tak się wszak nazywasz, mam dla ciebie współczucie, a, chociaż mógłbym i dziś jeszcze utopić cię w morzu, pozwalam ci jednak i nadal pozostać na okręcie, proszę cię wszakże o jedno, a mianowicie, abyś przestał opowiadać mi o Diable Morskim wszystko, co masz do opowiedzenia.
— Przyrzekam ci, kapitanie, i dotrzymam słowa! — odparłem z ukłonem.
I rzeczywiście zaprzestałem odtąd swoich opowiadań. Marynarze, widząc przychylność, którą mi kapitan przy każdej sposobności okazywał, nabrali do mnie zaufania, a nawet — po pewnym czasie — zawarli ze mną przyjaźń ścisłą. Nigdy dotąd nie spędzałem na okręcie czasu tak przyjemnie i tak swobodnie. Lecz obecność w mojej kieszeni listu diabelskiego nie przeminęła bez skutku. Wiedziałem zresztą, iż prędzej czy później musi spaść na nas klęska. I klęska spadła w chwili najmniej przez wszystkich spodziewanej.
Pewnego dnia okręt nasz znajdował się w pobliżu wyspy nieznanego nazwiska. Zauważyliśmy nagle, iż okręt bez przyczyny widomej ociężał i pogrążył się w wodzie głębiej niż zazwyczaj. Kapitan z garstką marynarzy zszedł na spód okrętu, aby zbadać tajemniczą przyczynę tak nagłej zmiany.