— Kto tam jęczy po raz wtóry? — zapytał kapitan.
Nie zdobyłem się i tym razem na żadną odpowiedź.
Tymczasem stary marynarz, potrząsając pięścią, w której dzierżył list nieszczęsny, zawołał:
— Do stu piorunów! List Diabła Morskiego na okręcie! Czekają nas klęski i nieszczęścia. Wolałbym oczy w morzu zgubić, niż taki list znaleźć we własnej kieszeni! Ale Bóg widzi — nie moja to kieszeń, jeno tego cudzoziemca, który już po dwakroć jęknął i po dwakroć nic na pytanie kapitana nie odpowiedział! Wdziałem bowiem dzięki nieznośnemu krótkowidztwu jego ubranie zamiast swego!
Nogi zadrżały pode mną.
— Prawda to? — spytał mnie kapitan.
— Prawda — odrzekłem głosem tak cichym jak brzęczenie komara.
Kapitan zwrócił się do marynarza:
— Wrzuć natychmiast list do morza, gdyż, im dłużej taki list pozostaje na okręcie, tym większe i tym liczniejsze klęski spadają na ów okręt. Marynarz wrzucił list do morza. List, jak zawsze, pokurczył się, rozwiał w pianę i zniknął.
Wówczas kapitan zwrócił się do mnie.