Wówczas jeden z młodszych marynarzy, przyglądając się swym dłoniom kościstym, rzekł z uśmiechem zadowolenia:

— Dobry byłby ze mnie rosołek — rosołek na kościach z dodatkiem pietruchy, marchwi, selerów tudzież kilku wonnych liści kapuścianych.

Zgadłem, że karły posiadały znajomość naszego języka, gdyż jeden z nich w stroju kucharza podbiegł do kapitana i do dwóch wspomnianych marynarzy i, poklepawszy ich po ramieniu, zawołał:

— Dalej, za mną do kuchni — mój befsztyczku, mój rosołku i moja szynko, jałowcowych dymów spragniona!

Kapitan i dwaj marynarze usłużnie powstali ze swych miejsc i poszli w ślad za kucharzem. Nadaremnie wołałem ich po imieniu! Nie słyszeli, nie chcieli słyszeć mych wołań i przestróg! Szatański napój oszołomił ich w sposób tak dziwny, iż rozkoszą przejmowała ich sama myśl o tym, że będą użyci do smakowitych, przez nich samych obmyślonych potraw! Szli — upojeni swym losem, nieprzytomni od obłędnej radości, rumiani od wypitego trunku, który trucizną szału zaprawił ich krew. W ich do kuchni pochodzie mogłaby ich powstrzymać ta jedna chyba wiadomość, że kucharz zamierza użyć ich do innych potraw niż te, do których zgodnie z własnym przekonaniem byli przeznaczeni nieodparcie. Gdyby ktokolwiek szepnął do ucha kapitanowi, iż z niego nie befsztyk, ale zwykłą pieczeń lub sztukę mięsa uczynią, kapitan na pewno spłonąłby ze wstydu lub uniósłby się gniewem. Ogarnął mnie żal, wstyd i przerażenie. Cóż mogłem jednak począć?

Nikt nie dawał posłuchu moim przestrogom, które zawczasu czyniłem. Teraz było już za późno! Wszyscy moi towarzysze stracili przytomność. Wstrętny i niezrozumiały szał rozpanoszył się w ich duszach, zatrutych osobliwym trunkiem. Każdy z nich śnił jeno i marzył o tym, jaką z niego potrawę uczyni potworny kucharz karłów. Widocznie karły były niezwykłymi smakoszami i prawa czy też obyczaje wzbraniały im uroczyście najmniejszej pomyłki w zastosowaniu materiału do odnośnych przeznaczeń kulinarnych, czyli w zastosowaniu treści do formy. Pomyłkę tego rodzaju uważano tu za zbrodnię i karano rożnem, czyli mówiąc inaczej — pieczono skazańca na rożnie aż do skutku. Są to obyczaje wprost potworne, szczególniej ze stanowiska ludzi kulturalnych, którym nie ciężą żadne popędy ludożercze55. Wiedziałem, że stracę kolejno wszystkich towarzyszy i że zostanę na wyspie — samotny. Tak się też stało. Po pewnym czasie potworne karły spożyły wszystkich moich przyjaciół, nie pozostawiając mi ani jednego.

Postrzegłem, iż ogół karli wyczekuje moich zleceń kulinarnych, dotyczących własnej mojej osoby. Toteż zdziwiono się powszechnie, gdy żadne tego rodzaju zlecenie z ust moich nie wyszło. Domyśliły się potwory, że powściągnąłem się od wypicia ich trunku. Ponieważ w osadzie ich było kilka ogrodów owocowych, tedy karmiłem się zrywanymi tam owocami, czego mi nie wzbraniano.

Pewnego dnia postanowiłem jednak raz na zawsze porzucić przeklętą osadę, choćby mnie poza nią śmierć głodowa miała spotkać. Postanowienie to zapadło we mnie w chwili, gdy, wlazłszy na jabłoń, rwałem dojrzałe owoce i smakowicie je pożerałem.

Nagle posłyszałem w ogrodzie jakiś śpiew dziewczęcy. Zdziwił mnie przyjemny, uroczy niemal dźwięk głosu, ponieważ wszystkie karły miały głos przeraźliwie ochrypły. Domyśliłem się natychmiast, że śpiewaczka nie jest z rodu karłów, i obejrzałem się za siebie, aby sprawdzić, kto śpiewa.

Ujrzałem w bocznej alei ogrodu młodą dziewczynę, bardzo piękną, ale zgoła czarną. Szła wprost ku mnie i, zbliżywszy się do drzewa, na którego sękatej gałęzi właśnie siedziałem, podniosła ku górze oczy turkusowe i rzekła: