— Dzień dobry!

— Dzień dobry — odpowiedziałem. — Czy masz mi coś do powiedzenia?

— Mam.

— A więc słucham.

— Nie jestem czarna, jeno56 biała.

— O ile mnie jednak oczy nie mylą — jesteś czarna — odparłem.

— To złudzenie! — zawołała dziewczyna. — Jestem biała jak alabaster! Jestem córką króla Alkarysa, nazywam się Armina. Ojciec mój rok temu zabłąkał się w lasach tej wyspy. Wędrując po niej, dotarliśmy do tej wstrętnej osady. Ojciec, znaglony pragnieniem, wychylił do dna kielich podany przez karły. Napój w tym kielichu zawarty odebrał mu przytomność. Sam kazał zawołać kucharza i polecił mu, aby zeń uczynił potrawkę duszoną z kaparami i korniszonami. Nadaremnie płakałam, załamując dłonie! Nadaremnie błagałam ojca, aby poniechał takich zleceń i aby nie wchodził do kuchni, gdzie już zawczasu rozpalono dla niego ogień! Nie pomogły moje płacze, ani błagania. Ojciec mój z jakąś niezrozumiałą dla mnie ochotą i skwapliwością, wziąwszy kucharza pod rękę i poufale szepcząc mu do ucha szczegółowe co do własnej osoby zlecenia i porady kulinarne, poszedł z nim razem do okrutnej kuchni, pozostawiając mnie mym własnym losom. Szedł ze źle ukrytym pośpiechem i zniecierpliwieniem, jakby się nie mógł doczekać tej chwili, gdy z niego wreszcie zrobią potrawkę, zaprawną kaparami i korniszonami. Nie chcę ci drobiazgowo opowiadać o tym co się stało. Dość, że straciłam ojca. Osierocił mnie przed czasem. Żył jako król, zginął jako potrawka! Zostałam sama. Uniknęłam obłędu i szału, ponieważ nie znoszę żadnych trunków. Karły pozwalają mi tu mieszkać i karmić się owocami. Znosiłabym mężnie moją samotność, gdyby nie ta okropna okoliczność, że jeden z karłów zakochał się we mnie i pomalował mnie na czarno nie tyle dla niepoznaki, ile dlatego, że moja białość przesłaniała jego ślepiom całkowity czar mej postaci.

— Czy jesteś jego żoną? — spytałem.

— Tak — szepnęła, spuszczając oczy.

— Czy poślubiłaś go z własnej woli?