Musi w końcu zobaczyć słonecznego wielbłąda

I zbójcę słonecznego ze skrzystym spojrzeniem...

Przy śniadaniu patrzyłem w stół jak w pustynię,

Śniąc, że na wielbłądzie jadę... Zbójcą jestem...

A ojciec, jakby wiedząc, że wielbłąd go wyminie

Czytał dziennik ze spokojem i szelestem...

Karafka naświetlała haftem troistej tęczy

Wąs ojca — i gzyms szafy — i róg serwety białej,

Osa w firankach pogmatwanie brzęczy,

Jakby same firanki nićmi w słońcu brzęczały...