Poprzez gęstwę błyskawic i burz.

Leżysz — męką szpecona bezkarną

I zanikiem wychudzonych lic.

Dłonie twoje do próżni się garną...

Patrzysz na mnie i nie mówisz nic.

Więc porwałem cię w ramion spowicie25

Razem z śmiercią, co twe piersi ssie, —

I swe własne tchnąłem w ciebie życie, —

Tchnąłem życie — i zbudziłem się!

Klęska