I gębę w czas potłumił pięścią, jak gasidłem.

Jęknął Czmur w nieskończoność, truchlejąc haniebnie

Przed nawałą Maciejów zbyt groźną liczebnie!

Cztery pięście go tłukły, nie wiadomo — która!

Coraz to inny Maciej nacierał na Czmura!

A czynili ciał dwojgiem taki zgiełk i ścistek,

Że zlękły brakiem miejsca — las dygotał wszystek!

Próżno Czmur się do nieba zrywał, jak zawieja, —

Gdziekolwiek się obrócił — tam spotkał Macieja!

Przed nadmiarem Maciejów gdzie szukać obrony?