Na trawę się wywrócił bokiem, jak wóz drabny.

Drugi Maciej na ból swój boczył się i srożył,

Lecz — by ciału dogodzić — obok się ułożył.

Rzekł jeden: «Czemuś taki srebrniasty na licu,

Jakbyś gębę przed chwilą wytarzał w księżycu?»

Drugi na to: «Już do snu nicość mnie kołycha.

Wiem, co we mnie cierpiało, — nie wiem, co nacicha...

Brak mi ziela... Ha, trudno! Niech Bóg się posili, —

Bardzo by się przydało i nam w takiej chwili!»

Naówczas do Macieja rzekł Maciej: «Macieju!