Wspak odwróconych w kształt sprzecznej ruiny.

Duch, wzwyż stąpając, wciąż schodzi w głębiny,

Z państwa purpury w świat zgasłych błękitów.

I, schodząc, barwy odmienia bez końca:

To — purpurowy, to — czarny, to — złoty,

Posłuszny zejściu swojemu w ciemnoty

Wód, zapatrzonych w przeróżną śmierć słońca.

Śmierć, co zagrzęzła w odmętach wieczoru,

Spoza chat czubów i przyłbicy młyna

Jeszcze się resztą świateł przypomina