Tkwią we dwoje i do snu pod chatą,

Kto w nie spojrzy — zrachuje dwie cisze.

Dal się w oczach umyślnie kołysze.

Wieczór różnie niszczeje po krzakach,

Cień do rowu włazi na czworakach.

Za miedzami, za ustroniem2 młyna

Bóg się kończy — trawa się zaczyna.

Kurz, świetlejąc, dogasa nad drogą,

I jest wszystko, choć nie ma nikogo!

Tylko brzoza, kwitnąc w światów mnóstwo,