Nic jednak nie pomagało. Płacz wójtowej wzrastał żałośnie z każdym słowem, które wójt z duszy dla niej ku pociesze, jako niespodziankę trafną, wygarniał.
Wszakże w chwili, gdy wójt w poczuciu bezsilności stracił już wszelką nadzieję na uciszenie coraz głośniej zawodzącej małżonki, ta ostatnia sama nagle nacichła i stanik, dygotem płaczu przymięty, czujnym dotykiem dłoni odprasowała.
Skończyła — pomyślał wójt i uczuł, że wywołany żoninym płaczem smutek i w nim się jednocześnie z jej uciszeniem skończył.
Wójtowa podniosła ku niemu szeroko rozwarte i od płaczu jeszcze połyskliwe oczy.
— A może w ten właśnie sposób wiedźmy na świecie się mnożą? — spytała trwożnie głosem od łez zachłyśniętym.
— W inny one sposób się mnożą! — odparł wójt i machnął dłonią dla okazania pogardy owemu sposobowi.
— Nic mi złego wiedźma nie zrobi? — spytała jeszcze na wszelki przypadek wójtowa.
— Co tam jej na tobie zależy! — pocieszał ją wójt, jak znawca i bywalec, który, osobiście pokosztowawszy zakazanego owocu, durnemu młodzikowi płonnych obaw oszczędza i ujmuje.
— A kochaszże ją jeszcze? — szepnęła wójtowa.
— Już nam i w drogę pora — odrzekł wójt wymijająco.