Wójtowa ubrała się strojniej niż na co dzień, i bicze korali, których dobraną a gładką czerwienią szyję białą wzgórzyście przesłoniła, aż podzwaniały zgiełkliwie przy każdym jej stąpnięciu.
Nadała przy tym swej twarzy wyraz tak dziwny i uroczysty, że wójt co chwila się jej przyglądał, aby stwierdzić, czy poniechała już tego wyrazu.
Wójtowa wszakże poniechać go jakoś nie zamierzała.
Przy pierwszych gwiazdach zbliżyli się oboje do chaty Jędrzejowej, która już na nich w progu czekała.
— Śpieszmy się! — szepnęła i owinąwszy się w chustę, wyprzedziła ich, aby drogę do mieszkania wiedźmy wskazywać.
Wiedźma mieszkała daleko, za wsią, na skraju lasu, w lepiance.
Las nagi i ośnieżony bielił się i połyskiwał gromadami drobiazgowo skrzącego się szronu, a lepianka wiedźmy, od śniegu garbata, przez zygzakowate szczeliny sczerniałych i popękanych w rozmaitych kierunkach drzwiczek tliła się światłem, które w tych samych kierunkach snuło swe nici złote, a czasem samotnie czerwonawym paciorem migotało w przyćmieniu szpary drzewnej.
Jędrzejowa drzwiczki rozwarła i weszła do wnętrza, zniżywszy się tak, jakby do kurnika wchodziła.
Wójt i wójtowa w ślad za nią weszli w milczeniu.
Wnętrze lepianki bogatsze się o wiele okazało niźli jej pozór zewnętrzny.