Wójt doznał takiego wrażenia, jakby mu kołtun wybujały z głowy spadł niespodzianie.
— Chwała Bogu! — szepnął. — Raźniej i swobodniej będzie człekowi na świecie bez tego brzemienia.
Wójtowa pierwsza wysunęła się z lepianki. Wójt za nią pośpieszył.
Na dworzu już będąc, usłyszeli śpiewną a szybką gawędę Jędrzejowej. Może modliła się głośno, a może sama ze sobą tak gawędziła, bo zawsze miała i sobie, i innym zbyt wiele do powiedzenia, i każdy, od niej odchodząc, czuł, że czegoś mu jeszcze domówić nie zdążyła.
Wójt gnał co sił. Wójtowa za nim noga w nogę, jak na mustrze, kroczyła.
Barwiste, a nieodczepione w oczach pozostałe wspomnienie pstrokatego wnętrza lepianki nikłym widmem dywanu przesłaniało im białość śniegu, który w księżycu, jak dzień pochmurny, majaczył.
Wójt najczęściej ten dywan właśnie widywał, a wójtowa — serwetę.
— Czujesz wiedzę? — spytał nagle wójt i na żonę się, idąc, obejrzał.
— Czuję — odparła wójtowa i przyśpieszyła kroku.
— Trawi cię czy jeno łechce? — spytał znowu wójt i też przyśpieszył kroku, przesadzając przy tym garb śniegowy, który na drodze mu się napuszył.