Żył sam w sobie, — poza nim... A ono — niech boli...

I zadrwiły zeń nagle niegodziwe kości:

Nie zniósł wiosny — bez szczęścia, czaru — bez radości...

Poraziło go słońce. Przyśniły się zgony...

Skroń chylę i całuję łeb, snem pomącony,

Twardy, jak głaz, co cierpi z trudem — nie od razu...

Kocham upór męczeński — hej! — takiego głazu!...

A on leży i leży... Muchy grzbiet obsiadły.

Brzuchem w nicość się tłoczy, a wargi pobladły, —

Jęzor z nich się w świat wywarł i na bok zwichnięty