*
Już od samego progu zorientował się, że Henry powrócił. Zza zielonej kotary dochodzą głosy rozmowy: głęboki, basowy głos bezrobotnego tkacza i drugi głos matowy, znajomy... tak, to na pewno kowal Smith.
Pani Winders też już wróciła i z hałasem przesuwa garnki na kuchni. Sylwia z zawziętą miną skacze dokoła stołu na jednej nodze. Bob, który jest w tych sprawach doświadczony, mógłby przysiąc, że ona sobie postanowiła, iż coś pomyślnego zdarzy się, jeżeli uda się jej ileś tam razy na jednej nodze okrążyć stół. Na widok Boba nie przerywa skakania. Woła tylko zdyszanym głosem:
— Pan Smith pytał o ciebie. Jest w alkowie u pana Henry’ego. Idź tam do nich!
Bob zerka na pakuneczek, który trzyma pod pachą. Prawdę mówiąc, już czas najwyższy na kolację. Czy ta rozmowa nie potrwa zbyt długo? Smith, jak się rozgada... oho! A Bob jest porządnie głodny. No, trudno. Trzeba tam jednak zaraz iść. Kowalowi lepiej się nie narażać. A ten dziwak Henry? Czy znów będzie krzyczał i przeklinał?
Kładzie swój chleb na rogu stołu i ociągając się, niepewnym krokiem zbliża się do alkowy. Uchyla ostrożnie zasłonę i mówi bardzo cicho, o wiele ciszej, niż miał zamiar powiedzieć:
— Dobry wieczór panom...
To było powiedziane naprawdę cicho, ale tamci usłyszeli go jednak. Starzec utkwił w nim surowe spojrzenie zaczerwienionych, łzawiących oczu, a kowal Smith kiwnął na powitanie głową i uśmiechnął się życzliwie.
— W sklepie byłeś, co? Mówiła mi Sylwia. U Horta, prawda?
— Tak, panie Smith.