Koniec pracy! Zmiana warty!
Czterej tkacze cię wynoszą...
Śpij spokojnie, mały Hardy!
Jeszcze śpiewając tę ostatnią zwrotkę, Bob przepycha się energicznie ku wyjściu. Nie pozwala sobie nawet na przeciągnięcie się, na rozprostowanie zbolałych kości. Dziś nie ma na to czasu. Kolacja też zaczeka. Niech tam! Trudno!
John czeka już pewnie na dziedzińcu. Nie tak łatwo jest go znaleźć. Obszerny dziedziniec fabryczny zawalony jest olbrzymimi belami wełny. Co chwila zajeżdżają nowe wozy z surowcem. Woźnice smagają konie, wpadają na siebie furgonami, klną, aż uszy puchną. Zwalają te bele na ziemię w bezładne kupy. Tłok robi się coraz większy. Robotnicy, którzy przenoszą bele do składów, nie mogą wybrnąć z tego labiryntu wozów i ludzi, potrącają się, kłócą... jak tu w tym wszystkim odszukać Johna?
Ale John sam się znajduje. Wyłazi spod jakiegoś wozu, mija drugi, rozpycha dwóch skaczących sobie do oczu woźniców i zbliża się do Boba.
— Dobry wieczór! Bardzo jesteś zmęczony?
— Dobry wieczór, panie Winders. Mogę iść z panem...
John roześmiał się i klepnął go mocno po ramieniu.
— Zuch! Ale nie myśl sobie, że to będzie taki mały spacerek. Musimy oblecieć dwadzieścia dwa mieszkania. Niektóre są dość daleko.