— Nie szkodzi. Dam sobie radę!
— No to idziemy. Oczy musisz mieć szeroko otwarte, Bob. Powinieneś wszystko dobrze zapamiętać. Na przyszły tydzień pójdziesz już sam.
Ruszyli w milczeniu. Po chwili John zapytał:
— Głodny jesteś?
— Żeby już prawdę powiedzieć, panie Winders...
John roześmiał się.
— No przecież...! Napracowałeś się. Matka nam kolację przygotuje, ale tymczasem warto coś niecoś przegryźć.
Wyciągnął z kieszeni spory kawał chleba, rozłamał go na dwie części i poczęstował Boba. Jedli obaj w milczeniu, nie zwalniając kroku.
Po kilku minutach marszu zatrzymali się przed drewniakiem Bartów.
— Tu wejdziemy do trzech mieszkań. Najpierw do Jamesów. Może będziemy mieli szczęście i zastaniemy samego tylko Jamesa, bo ta jego żona...