Wdrapali się po stromych ciemnych schodach na drugie piętro. Stanęli przed jakimiś drzwiami, zza których dochodził głośny, ostry głos kobiecy.

— Hm! — mruknął John z żalem — Jamesowa jest w domu. Szkoda! Ale trudno, musimy wejść.

Zapukał i nacisnął klamkę. Stanęli u progu małej, straszliwie zatłoczonej ludźmi izdebki. Przy stole siedział mężczyzna, którego Bob nieraz spotykał na dziedzińcu fabrycznym. To na pewno ten James. Koło niego wierciło się niecierpliwie troje małych dzieci. W głębi izby na rozesłanym już łóżku siedział bardzo stary człowiek i kołysał w rękach niemowlę. Pani James, bardzo chuda i bardzo wysoka kobieta, krząta się przy kuchni. Spogląda nieżyczliwie na Johna i Boba.

— Czego?

— Przyszliśmy... — rozpoczyna niepewnie John, ale pani James przerywa.

— Wiem, po coście przyszli! Od rana już na was czekam. Znowu chcecie wyłudzić od tego mojego głupca pieniądze? Dziady zatracone! Jak ci nie wstyd żebrać, Johnie Windersie? Spójrz, przyjrzyj się, komu ten nędzny grosz zabierasz. Popatrz na dzieci! Powiedz sam, czy nam wolno pieniądze wyrzucać na takie głupstwa?

James, który do tej chwili siedział przy stole ze spuszczoną głową, teraz podniósł się z miejsca.

— To nie są głupstwa, Marie. Tu chodzi właśnie o dzieci, o nas... tłumaczyłem ci już.

Maria James jest nieubłagana.

— Wynoś się stąd, ty głupcze! Wynoś się razem z tymi twoimi dziadami. Ja nie chcę mieć nic wspólnego z tym oszukaństwem! Nie masz litości nad własnymi dziećmi?