— No więc? Nikt nic nie może wymyślić?
— Ja wam poradzę!
Kowal Smith wypuścił z ust ogromny kłąb dymu i zamrugał wesoło oczami.
— Ja wam poradzę. Dawniej ogłaszano obwieszczenia królewskie w ten sposób, że taki specjalny urzędnik bił głośno w bęben, dopóki nie zbiegła się spora gromada ludzi. Wtedy dopiero czytał głośno obwieszczenie. Wy też zróbcie tak samo.
Zaciągnął się dymem i roześmiał się na głos.
— Bębna nie macie, co? To nic. I na to poradzę. Dam wam dużą sztabę żelazną i młotek. Tę sztabę zawiesicie gdziekolwiek na drucie i będziecie w nią dzwonić młotkiem. Hałas będzie pierwszorzędny! Nawet sto bębnów takiego rejwachu nie narobi jak ta sztuka. Zlecą się ludziska z całego Roczdelu. Wtedy ktoś z was, może ty Winders, wlezie na jakąś pakę i kropnie mowę, żeby ludziom do serca przemówić. No i co? Dobra rada?
John odpowiedział za wszystkich.
— Wyśmienita! Naprawdę wyśmienita! Tak właśnie zrobimy, jak radzicie, Smith. Porządny z was chłop! Wyśmiewacie się z nas, a jednak...
Kowal ryknął śmiechem na całe gardło.
— Właśnie dlatego, John, właśnie dlatego. Ja przecież pierwszy przylecę na twoją mowę i w ogóle na tę całą hecę. Przykrzy się człowiekowi ciągle śmiać samemu, a tak to będę się śmiał razem z całym miastem!