Tkacze pospuszczali głowy, a Bob pomyślał sobie, że jednak ten kowal Smith to nie jest dobry człowiek. Ojca i matkę by sprzedał, byleby tylko usłyszeć lub powiedzieć coś śmiesznego czy dowcipnego.

Ale John nie przejął się ani trochę.

— Niech i tak będzie Smith. Ale my zrobimy właśnie tak, jak nam poradziliście. I to już jutro wieczorem.

Tymczasem Bob też już zapomniał o kpinach kowala. Cały jest napełniony jedną myślą. A gdyby tak... to byłaby wspaniała zabawa... głupstwo! Wcale nie zabawa, tylko prawdziwa pożyteczna praca. A Bob ma taką ochotę!

— Panie Winders, niech pan pozwoli! Ja pójdę z wami. Ja będę dzwonił! Panie Winders! Niech pan pozwoli!

Huczący śmiech gromady mężczyzn napełnia całą alkowę. Stary Henry budzi się z twardego snu, siada na łóżku i patrzy wokoło nic nierozumiejącymi oczami. A kowal Smith aż się spłakał ze śmiechu. Rozciera łzy po policzkach i swoim zwykłym ruchem przyciąga Boba do siebie.

— Tak, Bob, tak! Ty... będziesz... roczdelskim dzwonnikiem!

*

Przez ciemne ulice, przez błotne rowy brnie pięciu ludzi. Prowadzi John Winders. Za nim, ociągając się, człapie James obciążony wiązką chrustu i dwaj inni tkacze z takimi samymi ciężarami. Na samym dopiero końcu wlecze się Bob pełen sprzecznych uczuć. Z nabożeństwem trzyma w ręku sztabę i młotek, ale ukradkiem rozgląda się, czy nie wyjrzy zza jakiegoś rogu roześmiana twarz kowala Smitha. Co to będzie? Co to będzie? A jeżeli John przestraszy się w ostatniej chwili, speszy się i nie będzie mógł z siebie ani słowa wydusić? Dopieroż by się ludziska śmieli!

Na rogu ulicy Żabiej tuż przy sklepie Horta John przystaje i przygląda się uważnie drzewom przydrożnym.